Archive

Listopad 2014

Browsing

***
Boga mi trzeba
i Jego silnego wsparcia,
bym mogła żyć pełnią szczęścia,
bym grubą kreską delikatnego słowa
mogła szkicować twarz swojego anioła,
co mnie przez życia kręte dróżki prowadzi.
Chroni przed egzystencjalnymi błędami,
cynicznymi świata względami:
nieskromną pychą
odciskająca ślad (na ciele)
podobny do piętna Kainowego,
potępienia wiecznego i nieustannej drogi bez końca.
W przeciwnym kierunku od Prawdy…
i wschodów, i zachodów słońca.

IMG_7773

O mnie i moim pasjonującym zawodzie – wspomnienia…
***
Mam na imię Danka. Ponad dwie i pół dekady lat temu, zupełnie świadomie stanęłam twarzą w twarz ze swoimi uczniami, których szczerze, być może bardzo naiwnie pokochałam. Uczyłam wtedy w masowych szkołach publicznych, nie mających absolutnie nic wspólnego ze szkolnictwem specjalnym.
Oczywiście, że byłam szczęśliwą i spełnioną, młodą, pełną ideałów kobietą. Uwielbiałam szkołę i swoich uczniów, ale jak to często w życiu bywa, los zagrał mi na nosie i zmusił do zmierzenia się z zupełnie czymś innym – nowym, trudniejszym, być może nawet o niebo ciekawszym(?)
I tak nieoczekiwanie – przez przypadek a może prozaicznej konieczności – związałam się ze szkolnictwem specjalnym, w którym do niedawna trwałam i najnormalniej w świecie, wespół z innymi nauczycielami funkcjonowałam. Uświadomiłam sobie nawet, po kilku latach zmagania się z nowymi okolicznościami życia i swoją „nową – starą” profesją, że moja przygoda ze szkolnictwem specjalnym, gdzieś na rubieżach piękniejącej z dnia na dzień Polski, to nie był li wyłącznie przypadek, lecz moje nauczycielskie przeznaczenie.
Mój wielki dług wdzięczności wobec ludzi i samego Boga za uratowanie, dwukrotnie zresztą, skromnego, być może pospolitego dla świata i ludzi – życia. Jestem nawet przekonana, że wszystko cokolwiek przed laty robiłam i z taką radością, i entuzjazmem do siódmego listopada bieżącego roku wykonywałam, miało niewymiernie głębszy sens, niż byłam tego świadomą, przekraczając po raz pierwszy próg swojej szaroburej szkoły.
Oczywiście nigdy bym się o tym nie dowiedziała, gdyby nie wspomniany przypadek i zrządzenie losu, bowiem niebiosa obdarowały mnie nie tylko interesującym, zawodowym życiem, ale pozwoliły na odnalezienie właściwej drogi – drogi krętej, wyboistej, usytuowanej na skraju „ziemskiego nieba”. Republiki zbuntowanych aniołów, opuszczonych przez świat, ludzi, a nawet przez – wydawałoby się – samego Boga. Wiedząc o tym, brnęłam w to „niebiańskie piekło”. Udało mi się nawet bezpiecznie i w miarę spokojnie przejść przez niezwykłą transformację swojego nauczycielskiego „ja” i nietuzinkowego powołania. Żyłam i pracowałam inaczej, ale czy świadomiej i mądrzej – naprawdę nie wiem. Ale jednego jestem pewna: od patrzenia na młodych, oddalonych od miłości i dobra ludzi, postrzeganych przez wielu specjalistów od naprawiania dusz i „niezawisłe” sądy, jako niedostosowanych społecznie, nie bolała mnie, jak dawnej z oburzenia głowa. Akceptowałam ich obecność w szkole i poza szkołą. Z dnia na dzień stawałam się pełnoprawną obywatelką tego nietypowego środowiska.       
    Ucząc się siebie w nowej, aczkolwiek trudnej nauczycielskiej roli, dochodziłam prawdy o sobie samej i swoich uczniach, a także o ich bezbarwnym, szarym, bardzo często „upodlonym” i podeptanym przez nich samych, i innych ludzi – życiu. Kimś banalnie zwyczajnym, a może niezwyczajnym, ważnym(?) dla swoich wyjętych spod prawa obyczajowego, jakiekolwiek by ono nie było – „trudnych”, w większym lub mniejszym stopniu zdemoralizowanych uczniów.
Od zawsze wiedziałam, że nie sobie samej tę świadomość i mądrość zawdzięczałam, ale także bliskim mojemu sercu koleżankom i kolegom – ludziom, dzięki którym rozpoczęłam tę niezwyczajną przygodę w potwierdzaniu sensu i miłości do zawodu, który od wielu, wielu lat z taką radością i pasją uprawiałam. To także dzięki życzliwej decyzji przyjmującej mnie wtedy do pracy pani dyrektor, wyuczonej profesji i swojemu skromnemu człowieczeństwu, wiedziałam, kim jestem i dlaczego pragnę naprawiać w swoich młodocianych przyjaciołach, bo nie wrogach wszystko to, co po drodze zepsuli zagubieni w wielkim świecie dorośli i oni sami. Sięgałam metafory dobra. Dobra uzasadnionego, bezinteresownego w przeróżnych kontekstach i iluminacjach szkolnego trwania. Po wielu latach nieustannej pracy w tej wydawałoby się pospolitej jak inne placówce, dowiedziałam się o sobie więcej, niż sądziłam. Zrozumiałam, na czym polega zależność dziecka od dorosłych i na odwrót. Czym jest zło nazywane złem, a dobro – dobrem…
Także w imię uświadomionego dobra uczyłam się pokonywać swoje ludzkie słabości i takie czy inne ułomności. Zwalczając przez lata ukryte w sobie zniecierpliwienie i próżność podyktowaną wewnętrznym niedosytem zauważalnego sukcesu, wznosiłam się na kolejny stopień swego człowieczeństwa, chociaż w żadnym wypadku nie czułam się zakompleksioną, a już na pewno odrzuconą przez swoje nauczycielskie środowisko – zagubioną femme fatale.
Wymagałam od siebie sukcesu, ponieważ wzmagał on we mnie większą ochotę i apetyt na życie, a co najważniejsze, czując ciężar odpowiedzialności za wszystko, co robiłam, uczyłam się trwać w zawodzie, który jednego dnia napawał mnie obawą i lękiem przed zawodowym wypaleniem, drugiego – nadzieją, że mam jeszcze wiele pomysłów na zainteresowanie sobą, swoją profesją i ukochaną polonistyką, którą w majestacie danego mi prawa wielokrotnie pozywałam przed oblicze swoich zagubionych, ale w żadnym wypadku nie straconych dla świata i siebie uczniów. I chociaż od zarania czasów ciąży na nauczycielach przekleństwo: „Bodajbyś cudze dzieci uczył…”, jestem przekonana, że w każdym z nauczycieli pobrzmiewa w sercu rzewna tęsknota za tym, by spełnić się jako człowiek w tym niezwykle pięknym zawodzie i wyjątkowym powołaniu…
 

Co w trawie piszczy?

    Amatorszczyzna to najgorsze co może przydarzyć się biznesmenowi. Bez względu na to jak pospolite jest to określenie, wszyscy dyrektorzy w elitarnych kręgach biznesowych bali się takiego zaszeregowania jak niczego na świecie. Bał się jej także Krzysiek, który przez wiele lat, uważany był za wytrawnego dżentelmena i dobrego ekonomistę. Gdyby mógł utrzymać w mocy tę opinią i podzielić się nią z Józefiną, byłby prawdziwym szczęściarzem. Cenił jej zdanie, mimo że ich znajomość nie była jeszcze tak bliską. Będąc z Iwoną, czuł, że brakuje mu przebojowości i impetu w podejmowaniu ważnych, niekoniecznie twardych – męskich decyzji. Nie mógł wiedzieć, że pojawienie na horyzoncie Józefiny, tak diametralnie odmieni jego życiowe przedsięwzięcia i osobiste pasje. Część tych decyzji wprowadził od zaraz w nadziei na odnalezienie w swoim i tak nieźle pokręconym życiu – głębszego sensu. Natomiast sensu w miłości, której prawdziwie nigdy nie posmakował, szukał w związku z Józefiną, jeśli udałoby mu się ją do siebie możliwie skutecznie przekonać i w sobie do szaleństwa, rozkochać. Cale trzy dni niecierpliwie wyczekiwał spotkania, które miał nadzieję spędzić tylko w towarzystwie wymodlonej Józki.

– Będzie bardzo dobrze – powtarzał i przygotowywał się do podróży. Było tak zapewne dlatego, gdyż znał Józefinę niemal od zawsze. Wiedział jak wrażliwą i dobrą była dziewczyną, i jak wiele uwagi poświęcała miłości, którą utraciła, bo tak chciał los i przewrotna fortuna. Nie bał się ryzyka, ono go ekscytowało… To przekonanie i uzasadnione twierdzenie, że trzeba wszystko zaczynać od nowa, wzbudzało w nim wiele optymizmu i radości.

    Pociąg z Poznania do Wrocławia przyjechał trochę opóźniony. Wtorkowy wieczór wydawał się być Krzyśkowi taki obiecujący, że nie zauważył, jak szybko zszedł z peronu do holu dworca głównego w kierunku wyjścia do miasta. Nie niepokoił się, że Józka będzie myślała, że prawdopodobnie do niej nie przyjedzie, ponieważ był z nią w nieustannym kontakcie telefonicznym. Dlatego spokojnie podszedł do taksówkarza, by prosić go o zawiezienie na ulicę Wiśniową. Miał wiele czasu, by nasycić wzrok uroczymi, wrocławskimi ulicami. Zawsze lubił Wrocław tak, jak lubił swój dom w Poznaniu. Z tym urokliwym, dolnośląskim miastem miał tyle miłych wspomnień: zwariowane, aczkolwiek szczęśliwe dzieciństwo, zbuntowaną akademicką młodość i niespełnioną miłość. Gdyby nie praca zawodowa rodziców i szybka przeprowadzka do Poznania, pewnie to miasto miałoby jedyną wyłączność na jego zainteresowanie, pochlebstwa i sympatię. Taksometr w taksówce nie wybił zbyt dużej kwoty, dlatego Krzysiek uśmiechnął się do siebie zadowolony. To zabawne jak zawsze cieszył, że coś dla siebie wyskrobał od losu. Takie tam męskie fanaberie, jakby powiedziała jego matka Amelia. Ale nawet gdyby była to tylko zabawa z frywolnym losem, poczuł się przyjemnie. Zapłaciwszy za usługę, to znaczy za przejechaną drogę, pożegnał się z taksówkarzem i podążył gdzieś przed siebie.

   Dom, w którym mieszkała Józefina, nie był ani nowoczesny, ani zbyt okazały. Robił jednak wrażenie pod względem dziewiętnastowiecznej architektury. Dotykając bezwiednie jego ścian, spojrzał na domofon, a potem zakodował się, by móc swobodnie wspiąć się na czwarte piętro okazałego budynku. Spojrzał na zegarek – była prawie godzina dwudziesta. Teraz, ku swej wielkiej uciesze, szedł w stronę mieszkania Józki, zastanawiając się nad tym, jak go przywita. Ta z nieukrywaną radością otworzywszy drzwi, podeszła do niego, objęła go w pół i życzliwie pocałowała na przywitanie. Suchy pocałunek w policzek, migotliwe spojrzenie nie wywarły jednak na Krzyśku wielkiego wrażenia. Po prostu zaistniały i tyle. Ale ona oczarowała go zupełnie czymś innym – powierzchownością. Wyglądała tak, jakby zeszła z obrazu Henryka Rodakowskiego: czarna suknia, włosy upięte w niewielki koczek i uśmiech, którego nie sposób było zapomnieć, wszystko to składało się na nieziemski obraz, pejzaż kilku ze sobą splecionych motywów życia kobiety, wkomponowanych w jedną magiczną – ludzką całość. – Jak minęła podróż? – zagadnęła Krzyśka, by przerwać krępujące milczenie, które ją momentami paraliżowało. – Miałeś w pociągu miłe towarzystwo i miejsce w dobrym przedziale?

– Oj tak, jechałem w pierwszej klasie. Niestety w samym przedziale czekał mnie jazgot rozwydrzonego dzieciaka i upominania jego bardzo krzykliwej, jak na młody wiek matki, której głos bezwzględnie siekał moje ciało wzdłuż i w poprzek. Oczywiście próbowałem coś czytać, ale niestety nie byłem w stanie skupić się na artykule z gazety. Moje rozczochrane myśli po prostu szalały – biegały po bezdrożach mojego mózgu w kierunku ciebie – przygody mojego życia i przyszłości, której kształtów nie potrafię doprecyzować, ani nawet po ludzku nazwać. Ta odpowiedź nieco zaskoczyła Józkę, mimo to stwarzała ona pozory spokoju i wyluzowania.

    Kolacja wyglądała imponująco. Schab zapiekany ze śliwkami i dwie surówki z ziołami, i ciemnym ryżem wydawały się być smakowite. To dlatego zajadali się nimi bez pamięci, jakby czynność wspólnego konsumowania potraw była przypisana im obojgu niemal od zawsze. Nastrój błogiej radości i intymności chwili powodował, że oboje czuli się przy sobie bezpiecznie, ale Józka nie była jeszcze w pełni gotowa na nową miłość, przynajmniej tak jej się wtedy wydawało. W jej głowie wrzało od przeróżnych myśli i urywanych wspomnień. Nachalnie odtwarzany przez jej mózg portret Marcelego, boleśnie wdzierał się w nową rzeczywistość
i jakość jej towarzyskiego życia. Nawet w obecności Krzyśka, czuła na sobie ciężar minionej miłości i mężczyzny, którego do niedawna tak bardzo kochała.

    Szczerze mówiąc, nawet teraz porównywała Krzyśka z Marcelim. Ale nie było jej z tym dobrze. Czuła się tak, jakby grała w teatrze masek. W teatrze, gdzie życie jest tworzywem, a nie czuciem życia, oddechem i kobiecym losem. Bała się, że tamta miłość zniweczy jej teraźniejszość. Tłumiąc w sobie sprzeczne uczucia, próbowała za wszelką cenę wypłynąć na powierzchnię swojej znienawidzonej samotności. A wszystko po to, by nie poddać się zgryźliwej stagnacji, by zapobiec degradacji własnego umysłu i poranionej duszy. Nic więc dziwnego, że postanowiła postawić wszystko na jedną kartę, choć strach przed nowym paraliżował każdy skrawek jej pięknego, głodnego miłości ciała.

Nagle poczuła na swoich ustach oddech Krzyśka. Ciepło i zachęcająca ją do intymności namiętność nakazywały jej, aby przyjęła na siebie tę nową miłość, która wydawała się jej na ten czas i okoliczności życia tak niepożądaną. Ale nie wzbraniała się przed zainicjowaną przez Krzyśka czułą, wytrawną miłosną gierką. Pewnie dlatego, że spragniona intymności
i dobrego seksu potrzebowała bliskości silnego, atrakcyjnego mężczyzny.

    I tak na przekór żałobie, rozsądkowi i ludziom, w zakamarkach przyciemnionego pokoju na Wiśniowej, notabene na czwartym piętrze, pieszczota goniła pieszczotę. Tylko przyciszony, pełen liryzmu głos Adele płynący z winylowej płyty, pulsacyjnie wznosił się ponad rozstrojone rozkoszą głosy Józefiny i Krzysztofa, nadając całej tej intymnej sytuacji erotycznej oprawy… Ręce Krzysztofa prześlizgiwały się wzdłuż ciała Józefiny – jeszcze i jeszcze, jakby mało mu było bliskości i rozkoszy.

– Kochaj mnie, proszę! – szeptała Józka, obejmując rękoma nagi tułów Krzysztofa. W parę chwil potem, w spazmach podniecenia, miłość wydała z ciał obojga rozmiłowanych w sobie kochanków ekstatyczne jęki, powodując w nich raczej niekontrolowany odruch spełnienia, na które oboje z takim przejęciem i zniecierpliwieniem tego wieczoru czekali.

    A gdy ich umęczone miłością i seksem ciała uwolniły się wzajemnie od siebie, bez wstydu i zażenowania, jakby niechcący, poddali się kolejnej – tym razem sennej pieszczocie, zmuszając swoje dusze i damsko-męską cielesność do odprężającej relaksacji. W tle zaś ciemność harcowała po kątach, otaczając poświatą tajemnicy wszystko to, co było świadkiem ich nieprzypadkowego zbliżenia, jakby nie kontrolowana przez nikogo przestrzeń czasu
i sytuacji była wyrazem ich nieoczekiwanej, choć bardzo chcianej i jak najbardziej świadomej decyzji. W naturalnej atmosferze ciszy i błogosławionego spokoju, w rytmie i tonacji zharmonizowanych oddechów, miłość pozwalała im na nowo przeżywać swoją wolność, radość i człowieczeństwo.

IMG_7150

Vive Paris!

    Paryski epizod w życiu Nataszy, jak ją złośliwie nazywał Damian, był przełomowym.Nawet nie dlatego że mogła zobaczyć zabytki największej europejskiej stolicy. Tutaj, na jednej z paryskich ulic przepięknej, szesnastej dzielnicy mieszka jej ukochana przyjaciółka Matylda. Młoda, inteligentna, zabawna, a przy tym cholernie ambitna, której marzenia o pozostaniu pod francuskim niebem dłużej niż tylko na jedną chwilę, były jednym z wielu celów, jakie sobie postawiła, by móc cieszyć się we Francji studiami, pracą, wolnością, ale nade wszystko mierzyć się każdego dnia z trudnym, emigranckim życiem, które ją cholernie przytłaczało, nadając mu z lekka gorzkawo-słodkawego posmaku intelektualno-ekonomicznej prowokacji. Na jej własne szczęście pojechała tam nie tylko z myślą o zarobkowaniu.

    Studia – oswajanie się z mentalnie bardzo rożnymi ludźmi, kulturą i historią epatującą różnymi wydarzeniami i przesadzoną w literaturze, i sztuce swobodą obyczajową – pozwalały jej wznieść się ponad znienawidzoną zwyczajnością pozostawioną w swojej ojczyźnie. A było naprawdę od czego się odżegnywać.
Oczywiście, że kochała Polskę. Ale cóż to za ojczyzna, która nie zapewnia swoim obywatelom pracy i powszedniego chleba? Dlatego starała się zrobić wszystko, by zafundować sobie lepsze życie i pozostać we Francji, gdzie było jej po prostu odrobinę lepiej, choć trzeba być głupcem, by nie wiedzieć, że na wszystko musiała sobie ciężko, ale to bardzo ciężko zapracować. Natalia trzymająca w ryzach swój temperament i emocjonalność, doskonale pamięta pierwsze wrażenie, jakie wywarła na niej Francja. Była to postrzępiona emocjami myśl: Boże, jak tutaj jest niepospolicie ładnie!
Serce nadymane nowymi uczuciami biło jej wtedy tak mocno, jakby muzyk wprawną ręka walił w bęben. Nie mówiąc o tym, jak bardzo ucieszyła się na spotkanie ze swoją przyjaciółką, która czekała na nią na niewielkim lotnisku Beauvais Tillé – położonym dwie godziny drogi od Paryża. Niewątpliwą radość sprawiło jej także przyjechanie autokarem na docelowy przystanek w centrum Paryża, nieopodal Hotelu Concorde La Fayette, gdyż stamtąd do domowej enklawy Matyldy było zaledwie kilkaset metrów.

    Gdy szły obie w stronę eleganckiej kamienicy i mieszkania Matyldy, patrzyła na świat, którego nie znała. Świat, który obejmował jej jestestwo nową, romańską przestrzenią, użyczał powietrza i energii potrzebnej do kontemplowania magii kraju, którego historię znała na tyle dobrze, by nie czuć się pośród miliona anonimowych Francuzów wyalienowaną… Czuła się tutaj tak, jakby Bóg rzucił jej do stóp świat z opowiadań i książek mądrych ludzi, którzy wiedzieli o nim więcej niż ona sama. Godziny i minuty spędzone w domu Matyldy, wspólne popołudniowe i nocne spacery po mieście pozwalały im obu zintegrować się na nowo, połączyć w jedną trwającą kilka dni – chwilę… Wzmocnić a może pogłębić przyjacielską sympatię – wesprzeć w „niedoli” ducha, na którą cierpią niemal wszyscy emigranci i pisarze.
Takie czy siakie wędrówki Natalii z Matyldą – po paryskich dzielnicach – w poszukiwaniu wrażenia, które mogłaby Natalia w sobie poukładać i na zawsze utrwalić, a potem zawieźć do Polski, pozwalały jej na ponowne odkrycie w sobie empatii i ciekawości świata; na zrozumienie dawno zapomnianej przez ludzkość prawdy, zawartej w starym, uniwersalnym – niekoniecznie tylko polskim – porzekadle: Podróże kształcą.
Mądrością tą chciała nasycić pragnienie poznania świata, który wydawał się jej taki odległy i bardzo obcy, a który Matylda z entuzjazmem i dobrocią serca przed nią wytrwale odkrywała. Oczywiście, że Paryż ją olśnił i zafascynował, szczególnie architektura i ludzie. To w ludziach – ich twarzach, powierzchowności, zwyczajnych ruchach i gestach – cierpliwie szukała cywilizacyjnych, „wielkopańskich” oznak bogatszego, lepszego zachodu, który poza nielicznymi wyjątkami, był tak bardzo podobny do polskiego. Nawet portretowanie miasta i francuskojęzycznych tubylców wydawało się jej być na tyle spontaniczne i naturalne, że nawet Matylda nie robiła przyjaciółce wyrzutów z powodu zbytniej ekscytacji…
Rozumiała, jak wszystko wydawało się jej tutaj wyjątkowo piękne i naturalnie, niezwykle ważne.

    Gdy rozmawiała z Matyldą, nie kryła tego, że najbardziej jednak oczarowała ją opowiedziana przez Matyldę historia o powikłanej przyjaźni, być może miłości, pewnej młodej Rosjanki do Francuza z bizantyjskimi korzeniami, która nie tylko rozbudziła w niej kobiecą, pisarską ciekawość, ale nastroiła do emocjonalnej podróży w głąb ludzkiej duszy. Dręczył ją jednak pewien szczegół: kiedy Matylda opowiadała jej tę przedziwną i smutną historię, ciągle odnosiła wrażenie, że nie jest z nią do końca szczera, że gniecie ją jakaś tajemnica, której nie chciała jej wyjawić. Intuicja podpowiadała Natalii, że może chodzić w tej opowieści o nią samą. Ciekawość zżerała ją od środka, ale nie czuła się na tyle zdeterminowaną, by drążyć w jakiś szczególny sposób ten temat i pochylać się nad tajemnicą tej anonimowej – towarzyskiej, rosyjsko-francuskiej historii. Może kiedyś, jak nie zapomni, poprosi Matyldę o wtajemniczenie jej w szczegóły, ale póki co temat ten traktowała tak, jakby w ogóle nigdy nie istniał. Dni upływały tak szybko, że sercu Natalii zbierało się na płacz.
Czuła, że Paryż – miasto wiecznego spoczynku Chopina, Marii Curie – Skłodowskiej, Edith Piaf i wielu wybitnych obywateli tego francuskiego świata jest jej tak samo bardzo bliski jak kraj, w którym po raz pierwszy spojrzała swojej matce w oczy.
Na dzień przed odlotem szykowała się do pożegnania z Francją i powrotu do ojczyzny, by zdążyć powrócić do domu przed przyjazdem Damiana z Zakopanego. Co wtedy czuła i myślała? Pewnie było jej smutno, że musi pożegnać się ze światem, który dzięki swojej przyjaciółce Matyldzie oraz kiepskiej sytuacji w domu, od kilku dni z taka pasją i determinacją odkrywała. Była z siebie dumna, że pokonała w sobie nieśmiałość i wyruszyła w daleką podróż za przygodą i Matyldą.
Kilka migotliwych i nieprzeciętnych obrazów Francji zabierze jednak do domu: Matyldę wraz z jej studyjnym mieszkankiem w szesnastej dzielnicy, nowoczesną dzielnicę La Défense, mosty i barki na Sekwanie, błękit francuskiego nieba nad Paryżem, świergot ptasząt, atmosferę polskiego – katolickiego kościoła, przedziwny zapach rozbieganego po ulicach i paryskich skwerach i bulwarach ludzkiego życia, które podobnie jak w Polsce, było w swej upiornej zwyczajności ekscytujące i naprawdę piękne…

Dzisiaj będzie impresjonistycznie  – po polsku…

***

Litery rozpisane!
Wiersz się poetce w rym męski ułożył.
Na progu jednej ze strof siedzi kot
w barokowym stroju
dawno już niemodnym.
Mruczący, skośnooki recenzent poruszający wąsami
zdaje się obejmować przestrzeń zarezerwowaną tylko dla czytelnika.
Koci mecenas – samozwaniec – wtulony w serce poetki.
Dachowy jegomość – miłośnik słowa…

    Dawno temu mieszkałam w pięknej i gościnnej Małopolsce. To właśnie tam postanowiłam nie uciekać od pisania, które daje mi poczucie piękna  więzi ze słowem… Wiersz ten dedykuję mojej przyjaciółce Marii, z którą pracowałam w jednej z krynickich szkół i tym, których znałam i kochałam…

„Dla Marii”

W Muszynie,
w niewielkiej kamienicy
jest cukiernia „Szarotka” słynąca w całej okolicy:
z dobrej kawy i ciast wielorakich,
trunków o wyrafinowanych smakach,
wieczorków pisarzy, gawędziarzy i zakochanych w słowach poetów,
cudownych spotkań ludzi sobie bliskich i dalekich,
i tych, którzy tu po raz pierwszy na chwilę
po drodze wstąpili…
Cóż za wyjątkowe miejsce!
Gospodarze są sympatyczni i mili,
jak na polską – góralską gościnność przystało!
Słów zachwytu jest w mych ustach za mało,
by wyrazić uznanie dla tej zaczarowanej cukierni,
zacnych Właścicieli i bywalców jej wiernych.
20 listopada 2014 r.
***
Jak wrócę na chwilę do Muszyny,
posmakuję ciasta i kawy w „Szarotce”.
Pokłonię się wspomnieniom
i dawnemu życiu w Małopolsce.
Ludziom, których znałam i kochałam,
powiem: Witajcie!
Złożę im życzenia:
Zawsze w dobru trwajcie!
A potem odjadę w stronę mojej Legnicy,
poradzieckiej stanicy…

DSC_1315
22 listopada 2014 r.
***
W ciepłej dłoni zamknęłam świat,
w którym wszystko było takie niełatwe,
nieuproszczone.
Częściej czarne aniżeli różowe.
Niekoherentne z marzeniami.
Odwróciłam się plecami
do strasznej pustki sprzed roku – łez potoku.
Żałoby i depresyjnego myślenia.
Wybrałam życie.
Ukrytą w przeszłości
i pod nagrobnym kamieniem miłość,
której nigdy nie zapomnę – pożegnałam.
Pogodzona z losem
samolubnie wybrałam siebie i tych,
co słowami otuchy dodali mi sił,
bym na nowo pokochała radość życia,
przepełnioną tajemnicą jutra,
mojego czasu.
???????????????????????????????

***
Jak nauczę się pięknie rymować
i zaplatać swoje marzenia w warkocze,
popłynę wzdłuż rzeki – Skora,
prosto do Krainy Słowa.
A jak będę gotowa,
napiszę swój kolejny wiersz!

Dla Was – Mamo i Tato – zrobię ten wyjątek
i uświęcę słowo twierdzeniem: Kocham.
A potem wymówię „je” na nowo,
by odbiło się głośnym echem po Rejowej ulicy
i całej okolicy…

    Kim jest poeta?  Niech każdy z Państwa sam spróbuje na to pytanie odpowiedzieć…

***

Poeta to człowiek,
który transponuje słowa ironicznej ułudy
na słowa prawdy.
Dla którego wartość życia odbija się o krawędź trwania.
Jest kimś,
kto uczy miłości do pięknego – burego życia
i sztuki jego przeżywania!

??????????

DSC_0608

    W naszych serach nosimy wspomnienia osób, które pozostawiły w naszym życiu znaczący ślad. Jedną z nich była Maria – moja nieodżałowana kuzynka, uwielbiana także przez moją mamę… Dzisiaj obie są po stronie Prawdy, radosne i szczęśliwe…

***

Wspomnienie Ciebie w mym sercu nie gaśnie
tak bardzo byłaś mi bliska.
Kochałam nasze długie rozmowy przy starej fontannie
i na chojnowskich uliczkach.
Pamiętam,
jak uśmiechem witałaś moje powroty w rodzinne strony.
Padałyśmy wtedy sobie w ramiona,
by zrzucić z siebie ciężar wzajemnej tęsknoty.
Pytałaś mnie wtedy:
Czy jesteś szczęśliwą i zdrową?
Odpowiadałam zawsze –
nie martw się o mnie Mario,
zdrowie i szczęście mi dopisuje.
Nazbyt mocno życie mnie nie poobijało,
takich chwil – dzięki Bogu –
było i jest w moim życiu mało…
A potem nagle wszystko się zmieniło,
Ciebie ubyło!
Odeszłaś za szybko, za prędko,
nazbyt gwałtownie…
Stanęłaś po stronie aniołów
bez słowa: Do widzenia!