Archive

Styczeń 2016

Browsing

Uwielbiam niedzielne poranki, wczesne i przyciszone… Wtedy mogę pomyśleć, pomarzyć, powspominać przeszłość, mamę – wszytko to, co było we mnie kiedyś szczęśliwe. Nawet gotowanie obiadu o godzinie czwartej trzydzieści wydaje się być wtedy radosne i uzasadnione. Cisza mnie uspokaja, relaksuje, motywuje do wszelkiego działania – analizowania siebie i tego, czego się w minionym tygodniu od innych ludzi nauczyłam, a co bezdusznie przez naiwność zignorowałam. Taki życiowy „miszmasz”… Pragnienie uwolnienia.
Zastanawiam się, czy Państwo też tak mają? Czy niedziela jest dla każdego z Szanownych Pań i Panów czasem weryfikowania siebie? Swoich dokonań: mniej lub bardziej szlachetnych reakcji na ludzi i codzienność, a może wielkich – spektakularnych zwycięstw? Oczywiście, nie oczekuję od nikogo odpowiedzi. Niech wszystko to, co jest w Was, pozostanie tajemnicą. Niezwykłą przygodą. A żegnając się, życzę Państwu dobrej niedzieli i wiele bezinteresownej dobroci, i miłości, z odrobinką poezji.

DSC_0162

***

Zapadam się w bezkształtną ciszę,
nabrzmiałą od tygodniowych wydarzeń.

Jak dzikie ptaki zanurzam w sferach życia.

Przekuwając beztroskę na uczoną mądrość,
smutek na zbawienną radość,
tworzę z ciężaru własnego sumienia:
– ziemistych myśli,
– obszczekanych pretensji,
– cenzorskich emocji,
– spuszczonych ze smyczy nadziei
i Bóg wie czego jeszcze,
lekką – niczym pióro Anioła – powłokę ducha.

31 stycznia 2016 r.

???????????????????????????????

Gdy ma się tyle lat, co mam dzisiaj ja, człowiek zaczyna powątpiewać, że ma przed sobą wiele czasu. Mnie zdarza się to przynajmniej dwa razy w miesiącu… Newsy o cudzej śmierci, jakimi bombardują nas życie i media, wytrącają mnie czasem z równowagi, przypominając o mojej własnej śmiertelności. Wtedy na chwilę, pasuję i popadam w zadumę, by zbilansować moje własne czyny i dokonania… (Jakie to ludzkie i zwyczajne, prawda?) Na szczęście rozsądek każe mi być odważną i cieszyć światem cudów, a Bogu z wdzięcznością dziękować za każdy dzień przeżyty z bliźnimi.

12011314_1012774112119737_7243431252202522653_n

***
Życie nie powinno być dla nikogo zbędnym balastem,
trwaniem bez wiary w sens ludzkości.
Życie powinno być dla człowieka Bożym darem –
CUDEM!
Świata przeżywaniem w miłości.
Dziękczynieniem…
9 lipca 1979 r.

Jakie jest moje życie? Różnorodnie kapryśne, pełne pułapek, lecz paradoksalnie szczęśliwe. Takie jest, bo nazbyt wiele od siebie i innych nie wymagam, nie oczekuję. Zresztą czy mam prawo żądać? Stawiać warunki i nimi siebie, i swoich bliźnich obciążać?
Funkcjonuję tak, aby przeżyć swoje życie spokojnie, bez afer i burz, i zbytecznej irytacji, która jak wiadomo zżera i wyniszcza sumienie, zabija duszę i ciało od środka… Przez lata uczę się pokory.
1.

Życie
nie przepuszczam Cię naiwnie przez palce,
jedynie po niedomkniętych zaułkach siebie –
makro i mikroświata – oprowadzam.

Dotykam swoimi myślami,
bo jesteś we mnie wolą – kobietą.
Pulsem. Zapachem. Autokreacją!

2.
Gdybyś wątpił, zapamiętaj:
piszę nie dla zysku ani sławy.
Piszę,
bo chcę na własnym oddechu bawić się słowami.
Prowokować myśli, kochać życie…

27 stycznia 2016 r.

DSC_0637
Autor zdjęcia: Danuta Schmeling

Los doświadczał mnie od wczesnego dzieciństwa. Ciężka choroba mamy i stwierdzenie lekarza: Umrze! – zmusiła mnie, dziesięcioletnią wtedy dziewczynkę do czynu, który miał wyprosić u Matki Jezusa uzdrowienie mojej mamy. Nie wiedziałam, jakby to uzdrowienie miało wyglądać, ale podświadomie czułam, że muszę się z tym zwrócić właśnie do Niej.
(Postanowiłam sto razy w ciągu dnia odmówić w intencji chorej mamy modlitwę: „Zdrowaś Mario”.) Tak jak postanowiłam, uczyniłam, choć pewnie nie dla jednego ateisty – zlaicyzowanego człowieka wyda się to skrajnie naiwne, na wskroś dziecinne, a nawet śmieszne. Płacząc, przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, odmawiałam w tajemnicy przed ojcem, bratem i babcią zdrowaśki. I w taki oto z pozoru zwyczajny sposób, nieświadoma wielkości swego czynu, uratowałam życie swojej mamy, o czym jestem w stu procentach przekonana. Oczywiście szybko zapomniałam o tym, co zrobiłam, do chwili, kiedy wspominając Ją i swoje dzieciństwo, stanął mi przed oczami widok modlącej się – zapłakanej dziewczynki…

1.
Miraculum

Życie widziało cud uzdrowienia
(czyjejś mamy),
wymodlone stu „zdrowaśkami” –
błagalno-maryjnymi prośbami,
dziecięcymi łzami.

2.

Po prośbie

Pani:
ciemnolica,
bursztynowa,
brylantowa, rubinowa,
koralowa i biżuteryjna –
po ludzku dobra i litościwa –
przez swoje wstawiennictwo u Boga,
pośrednictwo miedzy ziemią a niebem –
módl się za nami!

25 stycznia 2016 r.

Pozwoliłam moim myślom przepływać dzisiaj leniwiej. Bez cenzury i cezury, tak jak lubię… Oto efekt.

1.
Mógł zbliżyć się do niej na odległość oddechu.
Przeleżeć w jej łóżku parę dobrych godzin.
On,
nabrzmiały od słowotoku miłości:
słówek i fraz zakazanych.
Uczuć wzdętych jak balon –
mężczyzna nieocenzurowany.
Idealny na wieczór!

24 stycznia 2016 r.

2.
Przeredagowuję życie jak tekst!
Wykraczam poza granicę wersu.
W chaosie szukam siebie,
nie Ciebie!
Z dnia na dzień mądrzeję.
Łez po złej –
nieszczerej miłości nie ronię.
Bo… po co?
Ozłacam się Nadzieją na lepsze jutro
każdym dniem i każdą nocą…
W prozie życia szukam,
choćby kawałka, poezji.

24 stycznia 2016 r.

Ludzie nie są jak spadające z nieba gwiazdy. Gdy odchodzimy z tego świata, nasze dusze (rzekomo) ulatują w górę nieba.Tego samego, z którego wierząc Biblii, zstępują na ziemię tajemniczy Stróże – Aniołowie, by strzec nas w każdej godzinie, minucie i sekundzie życia, do dnia, kiedy będziemy musieli podążyć za swoim ostatecznym przeznaczeniem.
Skąd dzisiaj taki wstęp, wiersz i temat? W tym tygodniu odeszło tyłu wspaniałych ludzi, że aż strach się bać, co będzie dalej i na kogo przyjdzie kolej… To im i wszystkim innym, którzy odeszli przed nami do wieczności, poświęcam ten – pełen nostalgii i retorycznych pytań wiersz.

***
Czy
gwiazdy boją się,
spadając z wysokiego nieba?
Kto wie,
co się z nimi dzieje,
gdy noc nastaje,
a ich świetlistych ciał
na nieboskłonie życia już nie ma?
Nie ma,
ponieważ na zawsze rozpłynęły się
w powietrzu jak poranna, zimna i wilgotna mgła…(?)

Odpowiedź jest frustrująca!

Tego nikt ze śmiertelników Ziemi nie wie,
chyba, że Boży Astronomowie w tajemniczym niebie,
ale na pewno nie Ty ani ja!

Dlatego nie pytaj poetę,
rymującego pełną gębą wierszokletę,
gdzie rzucił srebrne gwiazdy,
gwiazdeczki los bezlitosny, nieprzejednany,
zamykający przed nimi i odchodzącymi ludźmi
świata fizycznego bramy.

14 stycznia 2016 r.

058

Pisanie rymowanek i wierszy od dzieciństwa napawało mnie zawsze wielką radością, chociaż zdawałam sobie już wtedy sprawę z tego, że daleko mi do fantastycznej poezji Adama Mickiewicza czy Jana Lechonia. Nie zważając na tę samoświadomość niezmiennie od lat piszę, aby ukryć swój świat, życie i ludzi – których kocham – pomiędzy wierszami… Jedną z nich jest moja ukochana, nieżyjąca już mama, której śmierć naznaczyła mnie cierpieniem i pustką, której nie umiem nikim, ani niczym zapełnić… Przepraszam, jeśli kogoś tymi wierszami zasmuciłam. Pozdrawiam.

A/ PRZED ŚMIERCIĄ MAMY:

„(…) więc nie płacz!”
1.
Mamo,
po ciemnej stronie życia
jest zawsze jasna strona: mądra i szlachetna,
więc nie płacz!

17 sierpnia 2013 r.

??????????

2.

„Mama jest…”

Mama jest moim Aniołem,
bo troszczy się nieustannie o moje zwyczajne życie.
Strofuje,
gdy niemądrze i niezdrowo żyję.
Przytula do serca!
A gdy płaczę – ociera łzy
i mówi:
Kocham Cię moje dziecko!

01 listopada 2013r.

DSC_1403

1.
„(…) niebo zabrało mi mamę…”

Moje szczęśliwe życie zatrzęsło się w posadach
i zatrzymało się na dacie:
dwudziestego trzeciego listopada dwa tysiące trzynastego roku.
Tego dnia niebo zabrało mi mamę…

23 listopada 2013 r.

2.

„Wieczność”

Ona pozbawiona ciała i woli,
przemykając się w czasoprzestrzeni innego świata,
szuka od paru dni dla siebie wiecznego – szczęśliwego – miejsca.

29 listopada 2013 r.

3.
Przyrzekam Ci Mamo,
że będę Cię wierszami kochała,
czciła Twoją pamięć
i dobrze wspominała.

23 grudnia 2013 r.

DSC_0675

Będąc młodą, nieupierzoną jak ptaki – dziewczyną, chciałam wiedzieć, jaki jest sens życia. Po co żyjemy i komu służymy swoim jestestwem? Długo nie mogłam odnaleźć w sobie mądrej odpowiedzi. Nie potrafili mi tego wyjaśnić nawet moi ukochani rodzice, choć bardzo się starali być w moim życiu drogowskazem. Ja jednak ich wskazówkami nie byłam usatysfakcjonowana i zawsze próbowałam iść pod prąd, by poznać siebie i ludzi. Oczywiście często błądziłam i nie zawsze było mi z tym dobrze. Musiało minąć wiele, naprawdę wiele lat, bym zrozumiała, że nic w naszym życiu nie dzieje się przez przyczyny. Nawet nasze przyjście na świat jest w pełni uzasadnione, bo przecież jest, nawet jeśli opuszczamy po kilkudziesięciu latach z jakiegoś powodu tę piękną, wymyśloną i stworzoną przez samego Boga, Ziemię.
Pamiętając tamte chwile, napisałam dzisiaj filozofujący wiersz dla upamiętnienia swojego dorastania i szukania w sobie, i świecie, takich oto odpowiedzi:

– Wietrze, który jesteś!
Komu służysz?
I Wy,
ptaki i anioły w srebrno-białe chmury zaplątane!
Komu służycie, pokłon z miłości składając?
– Służymy Bogu i całej ludzkości,
kłaniamy się Bogu.

– Płochliwe życie, które jesteś!
Komu służysz?
Służę Bogu – Człowiekowi – Światu.

– Człowieku, który jesteś!
Komu służysz?
Przed czym uciekasz?
– Służę Bogu i Ziemi sobie poddanej.
Przed nagłą,
a niespodziewaną śmiercią uciekam!

14 stycznia 2016 r.

12476035_10153876748269265_1032534697_n

PROZA

Tak czy siak? – epizod 3 [ROMANS Z POEZJĄ I SZAROTKĄ – DZIENNIK Z PODRÓŻY]

DSC_1327

Życie biegnie tak szybko. Za szybko, jak na moje pojmowanie świata. Także pobyt w Muszynie nieubłaganie przemijał, wchodząc w fazę kolejnego dnia, który był przede mną i Dariuszem…
Jaki będzie? Co przyniesie? Czym mnie i mojego męża zaabsorbuje, zaskoczy i urzeknie? Nie wiem. Nie znam także planu ani programu na dzisiejszy, wrześniowy, dżdżysty – odrealniony przez poranną mgłę – poranek. Zdarzenia dzieją się same, rzucone w tryb świata i małopolskiego miasteczka nad Popradem, do którego czuję wielką sympatię – o dziwo! – nasilające się z godziny na godzinę przywiązanie. A wszystkiemu „winni” są oni: Maria i Robert, którzy zaprosili mnie wraz osobą towarzyszącą do udziału w wieczorku autorskim z panią Lucy Lech.
To oni podarowali mi literacki paszport na podróżowanie w czasie i przestrzeni po krainie, która miała jeszcze bardziej uświadomić mi, kim jestem i dlaczego piszę. Dać wsparcie i błogosławieństwo Matki Boskiej Kawiarnianej z „Szarotki” i powierzyć bliskość ludzi, przed którymi miałam wraz z pisarką z Australii – panią Lucy wystąpić i jako Danuta Schmeling zaistnieć.
Gdy o tym myślałam, mój świat wirował… Moje serce i myśli były w chaosie wywołanym obawą, że forma moich wierszy, świat i treść są prozaiczne i zwyczajne. A ludzie szukają przecież nieziemskiej ekscytacji.
Moja poezja nie jest wyszukana. Dlaczego taka jest? Bo tak postanowiłam i chciałam. Pragnęłam pisać bez ekstrawagancji, bo nie lubię niczego na siłę udziwniać. Stworzyłam swój własny „słupkowy”, niestroficzny styl, który pozwala mi na rozwinięcie lub opuszczenie poetyckich skrzydeł… Za dwa dni okaże się czy słusznie. Na szczęście z zamyślenia wyrwał mnie Darek, który energicznie podnosił się z tapczanu, mówiąc: – Dzień dobry!
– Witaj, kochanie! – odpowiedziałam, uśmiechając się do niego. – Widzę, że sprzyja Ci w długim spaniu nie tylko atmosfera miasteczka i pensjonatu, ale także klimat i powietrze. To dobrze! Idź szybko pod prysznic, bo ja toaletę poranną mam już za sobą – i czym prędzej zejdź do pensjonatowej kuchni. Kończąc ostatnie zdanie, udałam się w stronę schodów, by zejść na parter i zacząć przygotowywać nam śniadanie.

Zapach parzonej przeze mnie kawy i herbaty roznosił się po całej kuchni i jadalni, do której zajrzeli także inni goście. Spojrzałam na zegarek: dwanaście po dziewiątej, dobry czas, w sam raz na poranne co nieco… Nim zdążyłam przenieść pieczywo, wędliny, pomidory i żółty ser wraz z talerzykami na stolik przy oknie, dołączył do mnie mąż, którego wygląd, spokojne oczy i uśmiech na twarzy wprawiły mnie od razu w dobry nastrój. – A o kawie i herbacie zapomniałaś? – zagadnął mnie Darek.
– Nie zapomniałam, tylko nie miałam jak je wziąć, by postawić na stole… – Nic nie szkodzi, sam to zrobię – powiedział Darek i ruszył w kierunku starego jak świat kredensu.
– Co za cudowna chwila, niby prozaiczna i banalna, a jednak piękna! – myślałam, fruwając w chmurach, dopiero wypowiedziane przez Darka słowo: Smacznego! – kazało mi zejść szybko na ziemię. Jedliśmy spokojnie, bez pośpiechu, od czasu do czasu wymieniając ze sobą uwagi i spostrzeżenia:
– No to co dzisiaj robimy? Gdzie kierujemy nasze pierwsze kroki? – powiedział Darek, przerywając pomiędzy nami dwu, może trzyminutowe milczenie.
Spojrzawszy na niego znad talerza, odpowiedziałam jednym tchem: – Myślę, że powinniśmy wstąpić do Marysi i Roberta, żeby porozmawiać w sprawie spotkania autorskiego. Omówienie szczegółów jest gwarantem tego, że wieczorek autorski się uda. Nie chodzi mi o jego merytoryczną – literacką stronę, ale o organizacyjno-techniczną.
Chce wiedzieć, co i jak ma wyglądać, ile czasu ma trwać moje i pani Lucy wystąpienie. A potem pójdziemy w stronę Popradu, chcę nacieszyć swoje oczy widokiem gór i rzeki… – Dobrze – odpowiedział Darek, przepijając każdą wypowiedzianą sylabę słowa „dobrze” – aromatyczną, indyjską herbatą. Tak jak zaplanowaliśmy, uczyniliśmy, choć pogoda nie sprzyjała tego dnia zwiedzaniu Muszyny.
W „Szarotce” za to dobrze się działo, poranni goście dopisali i podobnie jak ja, i mój kompan Darek czuli się wyśmienicie. Marysia – jak to ona – promieniała radością, podobnie jak Grażynka, która uśmiechem obłaskawiała wszystkich gości, podobnie jak mnie i Dariusza. Czuliśmy się jak w niebie, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że jesteśmy w wyjątkowym miejscu, dla Marysi i Roberta ważni, podobnie jak pozostali goście ich cukiernio-kawiarni. A to dobry objaw! Świadczy o wysokiej klasie i kulturze osobistej moich muszyńskich przyjaciół i ich stosunku do ludzi, w co ani przez chwilę nie wątpiłam.Po wstępnych ustaleniach, doszliśmy do wniosku, że późnym popołudniem zrobimy próbę mikrofonu, bym mogła bez obaw korzystać z jego dobrodziejstwa. Postanowiliśmy także, że na okoliczność mojego zaistnienia w Muszynie zostanie wydany okolicznościowy, jednorazowy zeszyt poezji pt. Moje liryczne ja – mojego autorstwa, którego sponsorami mieli być właściciele „Szarotki” Maria i Robert Jabłońscy i że wstąpimy wieczorem do pani Lucy, pomieszkującej na czas pobytu w Małopolsce tj. w Krynicy-Zdroju, by ją osobiście poznać i ewentualnie wymienić z nią parę zdań na temat przebiegu naszego wspólnego wieczorku.
Trzymając się niniejszego planu i ustaleń, po szybkim wypiciu kawy latte macchiato i pożegnaniu się na parę godzin z przyjaciółmi i Grażyną, wyruszyliśmy na podbój Muszyny. I choć pogoda była niepewna, a słońce zza chmur tylko w niewielkim stopniu rozświetlało Ziemię, cierpliwie podążaliśmy w stronę muszyńskiej, kolejnej, bo nie ostatniej, przygody. (cdn.)

Autor: Danuta Schmeling

Zawsze byłam ciekawa tego, o co prosi człowiek w intymnej rozmowie – modlitwie – swojego Stwórcę? Czy o to samo, co ja? A może jego człowiecza duma jest tak wielka, że o nic nie prosi, tylko składa na Jego Boskie ręce uwielbienie? Nie wiem, dlatego aby zaspokoić swoją ciekawość i poetycką próżność, napisałam taki oto prosty wiersz, do przeczytania którego Państwa zachęcam. Oczywiście, jak zawsze, serdecznie pozdrawiam…

12346586_1282064338487292_2085918395673413694_n

***
Modląc się,
ręce do Pana wznosisz,
i o to samo codziennie prosisz.

By miłość nigdy Cię w życiu nie zawodziła,
po ojcowsku do czułego serca tuliła.

Byś wiedział, dlaczego żyjesz,
dla kogo Twoje ufne – ludzkie – serce bije.

By ziemia owoce dobra rodziła,
i dla świata była łaskawa, i miła.

By niebo o ludzkości i o Tobie pamiętało,
i zawsze po równo ją,
i Ciebie kochało.

Na koniec modlitwy pewnie tak powiadasz,
żołd z miłości składając:

Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
kocham Cię wiernie!

13 stycznia 2016 r.