samuel

Człowiek jako istota społeczna, uwielbia być w centrum uwagi i wcale nie dlatego, żeby egoistycznie zaistnieć, ale żeby nie czuć na sobie piętna samotności. To ona jest sprawczynią uzależniania się ludzi od mediów społecznościowych typu: facebook czy twitter… Sama jestem zapędzona w kozi róg bloga Ocal słowa i facebooka, poddając się modzie uprawiania sztuki poetyckiej i pisarskiej, a także utrzymywania znajomości, przez wirtualne łącza wyobraźni. Czy jestem uzależniona? Gdybym napisała NIE, skłamałabym. Jestem uzależniona od pisania, a ludzi po prostu kocham, choć nie wszystkich i nie za wszelką cenę. I mam odrobinę z tego powodu kaca moralnego, bo jestem w opozycji do frazy: „(…) kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.” Czy Państwo też tak mają?
Tym prowokacyjnym pytaniem i wstępem do utworów zapraszam Państwa do świata iluzji, gdzie wszystko ma sens, nawet jeśli z perspektywy rzeczywistości ma go niewiele. Pozdrawiam, jak zawsze, autorka.

P R O Z A

ramona

Poranki dla Danuty od zawsze były czasem intensywnego myślenia i robienia rzeczy banalnych i prozaicznych. Toaleta, szybka przekąska z pośpiechem przygotowywanego śniadania i wędrówka do szkoły, to czynności, które od kilkunastu dobrych lat doskonale wyćwiczyła i opanowała.
Oczywiście z samego rana bywała przez krótką chwilę nieprzytomna i rozkojarzona, ale srebrzystoszary budzik, nieodzowny kompan jej cotygodniowych podróży, czujnie reagował na każdy przejaw jej opieszałości i obrzydliwego lenistwa. Trzeba przyznać, że gdyby nie „tykadełko” jej życie na pewno byłoby w nieustannej rozsypce.
Na szczęście w pokoju pełnym anielskich fluidów istniała energia, której nie sposób było zignorować totalnie rozpasanym lenistwem… Dlatego regularnie od lat gnała o w pół do ósmej rano na parę godzin do szkoły, by zarobić na przysłowiowy chleb, a także po to, żeby dopomóc dzieciakom bez fałszu i obłudy poznać lepszą stronę ludzkiego życia.
Trasę od domu do szkoły i na odwrót pokonywała Danuta lotem ptaka, szybko dochodząc do upragnionego celu, a nieskończoność robienia tego samego w kółko w ogóle jej nie przerażała.
Tego dnia, gdy wróciła po pracy do „Domu pod Wędrownym Aniołem”, nie spuszczała Samuela z oka. Jego milczenie wskazywało na to, że nie będzie dziś tak wylewny w rozmowie jak złotousty Boreasz czy Mateusz…
Nie pozbawiając siebie przyjemności cieszenia się z wolnej chwili, kobieta zaczęła przebierać się w przygotowane wcześniej ciuchy, intensywnie rozmyślając:
– A niech tam, nie chce Samuel gadać, to nie. Ważne, że jest już po nocnej wyprawie do nieba i, że powrócił cały i zdrowy. Wszystko mi jedno czy będę skazana na niemówienie…Nagadałam się w szkole nadto wiele, że mogę dla odmiany trochę pomilczeć. Naładowana dobrymi emocjami wyszła na korytarz, w głębi którego słyszała pomruk popielatego kota i ściszoną rozmowę niemałej gromadki wesołych aniołów. Oczywiście w prowadzeniu dialogu pomiędzy nimi dominowała Ramona, która z anielską sobie wprawą opowiadała o panu domu, który rzekomo zajmował się dziś wykaszaniem trawy.
Gdy Danuta wyszła przed dom upiększony zielenią, w głębi ogródka dostrzegła pana Jerzego, który odkłoniwszy się jej na powitanie, zajął się tym, co wcześniej robił. Danuta natomiast udała się w stronę najbliższego sklepiku „Konwalia” po słodycze, których nie potrafiła sobie od wielu lat odmówić. Odległość pomiędzy „Domem pod Wędrownym Aniołem”, a dobrze znanym w okolicy sklepem, pokonała dość szybko, co wprawiło ją w dobry humor.
– Dzień dobry! – z uśmiechem na twarzy rzuciła starszej pani ze sklepu na powitanie…
– A to pani! – odpowiedziała ekspedientka i po błyskawicznej wymianie grzeczności z Danutą, zapakowała wskazane przez nią kruchutkie ciasteczka, za które tamta z przyjemnością zapłaciła, udając się w chwilę potem w stronę swojego nowego lokum. Wracając do siebie, minęła po drodze grupę rozwrzeszczanych gimnazjalistów, którzy
z wychowawcą – panem Leszkiem – zmierzali w nieznanym kierunku. Mijając ich w pośpiechu, uświadomiła sobie, że jako kobieta dojrzała, nauczyła się cenić w ludziach każdy odruch ich bezinteresownej życzliwości… To właśnie dlatego, żeby podtrzymać dobre stosunki z bliźnimi, postanowiła porozmawiać z właścicielami „Domu pod Wędrownym Aniołem” o sobie, życiu i pięknie otaczającego ją świata. Pewnie dlatego, gdy zobaczyła przed domem panią Joannę, grzecznie poprosiła o spotkanie.
Pomyślała wtedy, że może powinni się bliżej poznać, ale czy była w tym momencie taktowną? – nie jestem o tym do końca przekonana. Przedsiębiorczy małżonkowie, których Danuta podziwiała za pomysł na życie, obdarzeni wyjątkową empatią i życzliwością, uśmiechnęli się do siebie znacząco i zanim Danka powróciła ze sklepu, przygotowali się na spotkanie, choć jestem przekonana, że niespodziewana wizyta kobiety w prywatnej części ich zaczarowanego domu, nieco ich zaskoczyła, a także pokrzyżowała wtorkowo-popołudniowe plany.
– Już jestem! – radośnie wykrzyknęła Danuta i poszła się przebrać. A po wyjściu z pokoju zwróciła się w stronę niedawno poznanego pana Jerzego:
– Dzień doby, panie Jerzy! – głos Danuty rozchodził się po korytarzu, wypełniając po brzegi każdy z jego kątów.
Gdy usiedli wszyscy razem na tarasie, którego widok wychodził na Szrenicę, w jej sercu pojawiło się uczucie tkliwości z powodu wzruszenia wywołanego wspomnianym spotkaniem…
Za to emocjonalne, żenujące wręcz potknięcie odpowiedzialne było samotne serce nieznajomej, rządzące się od dawna swoimi ludzkimi prawami, czyniąc mętlik w głowie Danuty i wzbudzając niepokój w jej bardzo wrażliwej duszy. Ale Danka ze szczęścia, wzruszenia i czułości tego dnia nie eksplodowała, pomimo że cieszyła się każdą chwilą spędzoną z panią Joanną i jej mężem Jerzym. Naturalnie, jak na ludzi dobrze wychowanych, rozmawiali ze sobą z należytą uwagą i towarzyskim zaangażowaniem, posiłkując się truskawkami i maślanymi ciasteczkami. Zapijając każde wypowiedziane przez siebie zdania pyszną herbatą i kawą, brnęli sukcesywnie do końca spotkania… Czas umilał im anielski głos Samuela, którego tembr rozchodził się we wszystkich kierunkach okazałego domu. W burzliwej dyskusji o pracy, pisarstwie, przyjaźni międzyludzkiej, sensie życia oraz bezpańskich aniołach, rozmowa przeszła na rodzinę i dzieci, i nim wszyscy się zorientowali, wybiła godzina dwudziesta pierwsza.
Mając na uwadze późną porę, Danuta podziękowała gospodarzom za przemiłe spotkanie i żegnając ich serdecznie, oddaliła się w stronę swojego, przytulnego pokoju. Przerywając pomrukiwanie podwórkowego kota, zatopiła się w myślach, które zwróciła w kierunku Darka i Michaliny, za którymi bardzo tęskniła. W końcu przestała myśleć
o nich, westchnęła i wyjęła z kieszeni czarnej torebki telefon komórkowy. Wybrawszy numer do męża, zadzwoniła:
– Witaj kochanie! Co u Ciebie słychać? – spytała.
– U mnie wszystko w porządku – odpowiedział Darek. – Czy jesteś zadowolona z pobytu w „Domu pod Wędrownym Aniołem”?
– Oj, tak! Jestem zadowolona. – Polubiłam to miejsce i czuję się tutaj jak u siebie w domu. Nie jestem wprawdzie znawczynią etykiety, ale sposób w jaki mnie tutaj goszczą i przyjmują zasługuje nie tylko na pochwałę człowieka, ale i nieba. Zresztą nie wiem, czy wiesz, że w domu państwa Ch*** mieszkają anioły. Z jednym z nich nawet się zaprzyjaźniłam. Ma na imię Samuel i opiekuje się takimi jak ja biednymi samotnikami.
– No to masz niewiarygodne szczęście. Mieszkasz z dobrymi duchami w zgodzie z boską naturą i swoimi fantazjami. Darek słuchał opowieści żony z entuzjazmem i radością, ale przez grzeczność nie komentował informacji o uśpionych aniołach. Po prostu milczał. Obojętny na późną porę powiódł dłonią po blacie stołu, myśląc o Danucie. Przerywając w jego mniemaniu zmierzającą donikąd rozmowę, niespodziewanie powiedział:
– Danusiu, muszę kończyć! Jutro czeka mnie wiele pracy. Miłych snów, kochanie!
– Dobranoc! – odpowiedziała przyciszonym głosem Danka i odwróciwszy się do ściany z komórką wspartą na wezgłowiu, po prostu zasnęła. Pogrążona w marzeniach sennych udała się w przedziwną podróż po niebie, gdzie przewodnikiem okazał się bezimienny anioł. Dopiero następnego dnia z rana uświadomiła sobie, że był to tylko piękny sen i, że wczoraj już nie istnieje. Na szczęście Samuel siedzący w bezruchu na okiennym parapecie, nie zmieniwszy ani miejsca, ani pozycji swojego anielskiego ciała, zastanawiał się, co też dzisiejszy dzień przyniesie. [sic!]

* Vide: Krótki traktat o aniołach, Danuta Schmeling

Author

Write A Comment

Privacy Preference Center

Close your account?

Your account will be closed and all data will be permanently deleted and cannot be recovered. Are you sure?