Udostępniam Państwu fragmenty prozy: Złodziejka czasu, oczywiście mojego autorstwa.  Dziękuję za nowe polubienia strony Ocal słowa… Zapraszam do czytania.
P R O Z A
Alicja – epizod 23
Krzysztof dzwonił do Józki z Hamburga niemal codziennie – realizm i romantyzm tych telefonicznych kontaktów i iluzorycznych zbliżeń zawsze był podsycany westchnieniem miłości i ogromnej tęsknoty. Każdego dnia będąc przy słowie, powtarzał jej czule:
– Kochanie, szkoda, że cię tutaj ze mną nie ma!
Miłość kazała mu powtarzać te słowa jak mantrę, by kobieta która uwielbiał, czuła, że jest kochaną. Któregoś wieczoru jednak stało się coś, co w żaden sposób nie przystawało do kanonu pisanej przez Walerię polskiej „love story”. Krzysiek zapomniał powiedzieć Józce o istnieniu pewnej ślicznej pani adwokat, która towarzyszyła mu w zagranicznej podróży służbowej, a której wątpliwa obecność wiele w ich dotychczasowym, spokojnym skądinąd życiu, namieszała. Gdyby nie bał się posądzenia o seksualne kumoterstwo i bliskość z Alicją, Józefina nie zaczęłaby wątpić w ich miłość.
Oczywiście, że jak każda kobieta dziwnie zareagowała na głos nieznajomej, która odebrawszy komórkę Krzyśka, poinformowała ją, że on ostro pracuje, choć zajętym wcale nie był. Słowa usłyszane z ust nieznajomej odebrały w pierwszej chwili Józce oddech, a w głowie zapanował totalny chaos. Opuściła telefon na ławę, próbując zrozumieć, co usłyszała.
 –  Boże, kim jest ta kobieta? – Czy Krzysiek ma kochankę? –  myśli kłębiące się w jej głowie, doprowadzały ją do szaleństwa, czyniąc w sercu  destrukcyjne spustoszenie. To nie może być prawdą, Krzysiek by mi tego nigdy nie zrobił! – myślała. I oczywiście miała racja.
Ale o tym miała się dowiedzieć następnego dnia, gdy Krzysztof próbował skontaktować się z nią, by zaproponować jej przylot do Hamburga. Zapytała go wtedy bez ogródek:
 – Powiedz, proszę – kim jest Alicja? – Dlaczego udajesz, że mnie kochasz?  Sama nie wierzyła w to, co zasugerowała, ale szła w zaparte, by zdecydowanym krokiem zbliżyć się do prawdy. Zaskoczony stanem posiadanych przez nią informacji Krzysiek dyplomatycznie, choć nie bez lekkiego zakłopotania zaintonował:
 – Jezu, chyba nie wierzysz w te wypowiedziane przez siebie brednie? – powiedział beznamiętnie, jakby nic się w ogóle nie stało. – Alicja jest wprawną prawniczką, która pracuje dla mojej firmy – kontynuował… Owszem próbuje mnie za wszelką cenę uwieść, ale jej pomysły na zaprowadzenie mnie do łóżka nie wychodzą jej tak skutecznie jak tobie – zażartował. Ciebie kocham i tylko ty masz na mnie sposób, bym poddał się naszym namiętnym figlom w miłości. Słowa, które wypowiadał z precyzją poligloty, brzmiały w słuchawce tak przekonująco, że Józka zaczęła wycofywać się z podejrzeń oraz słów podbarwionych kolorami niepewności, zwątpienia i gradowymi emocjami złości.
– Może zamiast utyskiwać na życie, przyleciałabyś do mnie na weekend? – zapytał, nie czekając na potwierdzenie. – Masz przecież od następnego piątku kilka dni urlopu!
– Zanim odmówisz – mówił dalej – zastanów się, czy warto rujnować naszą miłość z powodu nieuzasadnionej zazdrości? 
Józka słuchała jego słów jak zahipnotyzowana. Nim skończył, szybko zgodziła się na przylot do Hamburga i powiedziała z czułością: Krzysiu, tak bardzo cię kocham… Wiesz, że zrobiłabym dla ciebie wszystko!  Głos z jakim wypowiedziała te niebanalnie brzmiące słowa, wprawiły Krzyska w dobry nastój, a jej samej zrobiło się lekko na duszy. A potem szybciutko, by oddalić od niego niefortunne podejrzenie, szybko zaczęła mówić, co u niej słychać i czym się pod nieobecność Krzyśka w kraju zajmowała. Odzyskana pewność siebie czyniła z niej erudytkę – chociaż nigdy nią nie była…
To miłość, a także pragnienie szczęścia w związku, nakazywała jej pięknie o swoich uczuciach do Krzyśka mówić. Było jej wstyd, że dała się zmanipulować kobiecie, której zależało na romansie z jej ukochanym mężczyzną. Natomiast Krzysztof słuchał jej wyznań jak oczarowany – wiedząc, że musi zadbać o każdy szczegół ich zwykłej – niezwykłej miłości. Nim zdążył zebrać myśli w jedną sensowną całość, głos Józki począł się oddalać, aż na dobre zamilkł. Rozładowana bateria jego telefonu zrobiła porządek z niepewnością, czyniąc przysługę im oboju.
Pobojowisko – epizod 24
Nie musisz powtarzać mi, co i jak mam robić! – Waleria stanowczo odszczekiwała się Januaremu. – Mam dość twojego wścibstwa, nasłuchiwania z kim i o czym rozmawiam przez telefon i tej fałszywej lojalności, na której już mi naprawdę nie zależy – krzyczała, ziejąc nienawiścią. Myślałam, że twój wyjazd do Zakopanego coś w naszym życiu na lepsze zmieni, ale ty zauważasz mnie tylko wtedy, gdy chcesz mi dowalić – pouczać, jak mam żyć i czego mi nie wolno! Nie zamierzam tego pobłażać i jak tylko skończę pisać tę cholerną książkę, postaram się zrobić z tym porządek.
Kłótnia pomiędzy Walerią a Januarym wydawała się nie mieć końca. Nawet sobotnie przedpołudnie wypełnione bezcennymi chwilami pisarskiej intymności, nie były w stanie poprawić nadwątlonego złością nastroju Walerii. Nie rozumiała postawy Januarego, który od kilku tygodni próbował wymusić na niej posłuszeństwo i emocjonalną uległość.   
Doskonale wiedziała, że była to jego słodka zemsta, za jej samotny wyjazd do Paryża, który po prostu przemilczała. Pewnie wydawało mu się, że powinna była po pracy siedzieć w pustym domu i katować się myślami, czy istnieje szansa na uratowanie ich partnerskiego związku. Nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, że w ich sytuacji kij ma dwa końce.
– Wychodzę – usłyszała. January pośpiesznie wyślizgnął się z domu, by jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem jej sokolego wzroku. Szedł w kierunku nieograniczonej wolności, by złapać dystans do życia i ukoić swoje stargane nerwy puszką gorzkawego, irlandzkiego piwa w pubie „U Kazika” na rogu. Waleria za to – jakby nigdy nic – zmagała się ze swoimi myślami przeplatanymi wątkami pisanej przez siebie książki. Ambicja nakazywała jej rozsądek i bezwzględną pracowitość. Jeśli miała przystąpić do konkursu literackiego, musiała pisać, jak najwięcej pisać. Uczyć się prowadzenia narracji i redagowania dialogów. Robiła to przecież  przede wszystkim dla siebie, ponieważ prowadzenie domu i praca zawodowa nie dawały jej pełnej satysfakcji z kobiecego istnienia. Chciała coś po sobie zostawić – nieco więcej niż tylko wspomnienia krewnych i znajomych czy pożółkłe fotografie.
W zeszłym roku, gdy tylko postanowiła poważniej zająć się pisarstwem, myślała, że wszystko się jakoś poukłada. Niestety patrzyła na siebie i swoje życie krótkowzrocznie, zupełnie nie umiejąc ocenić realnych szans na jego polepszenie. Każda kobieta w jej sytuacji  może uciekłaby w alkoholizm, albo rzuciła się w ramiona innego faceta, który zadbałby o jej  poczucie bezpieczeństwa… Ale ona była zbyt leniwą, żeby zrobić dla siebie więcej, niż codziennie próbowała. Pozostawiona na pastwę losu – opuszczona i samotna – jeszcze raz rzuciła spojrzenie na swoje lustrzane odbicie, energicznie przechodząc do gabinetu, żeby obmyślić plan podróży Józefiny do Hamburga, co nie zajęło jej zbyt wiele czasu, bowiem uświadomiła sobie, że tylko w ten sposób może zapewnić sobie i jej nieśmiertelność.
Była wyrachowana i konsekwentna, nawet wtedy, gdy w domu się psuło, a January oddalał się od niej coraz bardziej. Kto by pomyślał, że z tej zahukanej pracą skromnej, zwyczajnej kobiety, fortuna – która tak bardzo jest zmienną, wykreuje damę na miarę pospolitej grafomanki zakochanej w  swoim pisarstwie i literaturze.
Uśmiechnąwszy się pomyślała: Na miłość boską! Za bardzo się tym wszystkim przejmuję. Szczerze mówiąc, nie jest ze mną wcale aż tak bardzo źle – kontynuowała. Mam przecież fajną pracę i w miarę znośnego szefa, kilku dobrych znajomych po fachu i rodzinę – to nazbyt wiele jak na jedno życie. Rzeczywiście, wszystkie wymienione przez nią czynniki składały się na jej nietuzinkową egzystencję, chociaż miłość w jej związku od dawna przestała chyba istnieć.
– Aaa znalazła się zguba! – sarknęła. – Mam nadzieję, że przewietrzyłeś swój  nieprzeciętny umysł? – kontynuowała, starając się być wesołą i dowcipną, choć jej jadem tryskało na boki niemal na kilometr. Żeby nie podsycać konfliktu, zeszła z pola widzenia Januarego, ucinając swój sarkastyczny monolog. January tymczasem spojrzał na Walerię obojętnie, choć kipiał w środku siebie ze złości, a w oczach jego można było dostrzec niepewność i zażenowanie.
Prawdopodobnie uciekał przed nieuniknioną prawdą, że jest mężczyzną straconym – facetem, nie potrafiącym utrzymać w ryzach swojej kobiety, a przy tym okazać jej należytego zainteresowania oraz czułości. To dlatego życie ciążyło mu jak brzemię, chociaż w każdym względzie było silniejsze i cenniejsze, niż sztuka czy wydumane przez jego kobietę – pisarstwo. Przemilczając zaczepkę swojej pyskatej przyjaciółki „od serca”, nacisnął klamkę drzwi, za którymi pośpiesznie ukrył się przed arogancją żartującej sobie z niego Walerii. Tylko za oknem niebo płakało, łkając od nadmiaru podmuchu zachodniego wiatru.
– Boże, co w nas oboje wstąpiło? – myślał, chowając się za parawanem czasu.
– Czy kiedyś skończymy tę nieustanną walkę o nic? Jego frustracja toczyła bój z sumieniem, ale nawet on – Walery nie potrafił zdystansować się do sprawy i wyciągnąć rękę na zgodę.
Danuta Schmeling
Vide: fot. priv.
Author

Write A Comment