Niedzielnym porankiem witam Państwa wierszem i prozą. Miłego czytania!

 
POEZJA
Kocham
miejskie,
rozchlapane ulice.
Korale deszczu
rozwieszone na drzewach.
Ceglane dachówki i mosty
szklące się mocno
jak zapłakane oczy dziecka.
Kocham
zgrzyt samochodów.
Przemoknięte buty,
ludzkie marzenia i…
stare parasole.
Kocham
zwyczajność życia,
jego (poza)statutową jakość.
Światło w mroku
dające rześkie ukojenie!
05 sierpnia 2018 r.
PROZA
ZŁODZIEJKA CZASU FRAGMENTY
Co dalej ? – epizod 30.
Obelgi, jakimi January obrzucił wczoraj rano Walerię, bardzo ją zraniły. Czuła na duszy niesamowity ból, a w głowie niewypowiedziany mętlik. Rozum podpowiadał jej ucieczkę i walkę o swoją godność. Uczucie, które jeszcze się w niej tliło, choć nie powinno wcale istnieć, nakazywało jej danie im obojgu następnej i jeszcze następnej szansy… Ale szansy na co? – zastanawiała się,  bluzgając pod nosem. Na przetrwanie dożywocia, czy może na rehabilitację z powodu niedowładu kobiecości?
Dwa dni zbierała myśli i uspakajała duszę, która w jej ciele płakała, jak dziecko oddzielone nagle od swojej matki. Ubolewała nad tym, że jest dorosłą. Niewiele lat udawało jej się żyć beztrosko. Musiała szybko wydorośleć i być odpowiedzialną. A wszystkiemu winna  była miłość, która zmusiła ją do wieloletniego poddaństwa: usługiwania facetowi, prania, sprzątania, gotowania, et cetera. Gdy dochodziło do konfrontacji interesów pomiędzy nią a Januarym, jak smarkula buntowała się przeciw temu i kąsała jak rozwścieczony gąsior.
– Kto to wymyślił? – wrzeszczała. – Pewnie jakiś sfrustrowany maminsynek nie nauczony  przez mamuśkę bycia prawdziwym mężczyzną. Złość gromadząca się w jej sercu odbierała jej rozsądek i trzeźwe myślenie. Nawet Matylda z dystansem odnosząca się do wszystkiego, miała wrażenie, że matka trochę przegina, tak jak zapomina o granicach przyzwoitości i kultury osobistej jej ukochany ojciec. Ale to  przecież mało istotny szczegół, nic wielkiego…
Waleria miała jednak sprawdzony sposób na poprawienie sobie złego humoru, więc korzystając z ostatniego dnia urlopu zaparła się w sobie i zaczęła pisać. Zajmowała się tą czynnością niesystematycznie, w zależności od okoliczności
i natchnienia. Ale od teraz postanowiła to zmienić i być bardziej w pisaniu pilną.
Pomysł połączenia Józki z  Krzysztofem nie wydawał się jej wprawdzie rewelacyjnym, ale miała serdecznie dosyć kojarzenia ich romantycznych spotkań w rożnych częściach Polski, ostatnio nawet i Europy. Siedząc w niemrawym, przyciemnionym pokoju, tuż przy otwartym oknie – pisała,  wsłuchując się w rozszczekane odgłosy ulicy, przy której mieszkała.
 Uwielbiała, siedząc tyłem do okna, czuć na swoich wystawionych na masaż plecach, powiew porannego, rześkiego
i chłodnawego powietrza. Pomruk kotów jazgocących w okolicznych krzakach, ani przejeżdżające samochody lub mówiący do siebie przyciszonym głosem ludzie, nie dekoncentrowali jej zmysłów swoimi bytami. Jedynie śpiew ptaków, który uwielbiała, odrywał ją czasem od komputera… Cieszyła się wtedy jak małe dziecko, zachęcone przez rodziców do beztroskiej zabawy.
– Co by tu jeszcze wymyślić? – dumała wsparta o brzeg stołu. Los Józefiny nie mógł przecież  znacznie odbiegać od literackich standardów. – Poprawię dialog, udramatyzuję narrację – postanowiła, ale zaraz pożałowała tego stwierdzenia 
i szybko zmieniła zdanie. – Ale co tu udramatyzować – myślała. Śmierć przecież była, cierpienie było. Wiem! Nie było zdrady… Może Alicja powinna co nieco namieszać, rozwalić ten związek i miłość Józefiny, by było zwyczajniej? Zresztą, dlaczego Józka miałaby mieć lepiej niż inni, zahukani pracą ludzie?
Tej ostatniej myśli Waleria się jednak mocno przestraszyła, gdyż przedsięwzięcie to  oznaczałoby przekreślenie przyjaźni pomiędzy nią a fikcyjną Józefiną. Przed kim by wtedy wypłakiwała łzy, skarżąc się na swoje niespełnione marzenia
i Januarego? Tylko Józefina akceptowała ją taką, jaką jest i była wobec powieściowej przyjaciółki niezwykle lojalną… Zawstydzona tym o czym pomyślała, bardzo szybko zrezygnowała z nieprzyjaznej narracji, zacienionej burzliwą zdradą Krzyśka z jakąś kobietą. Muszę dać jej szansę szczęśliwie wytrwać do końca mojej powieści.
Tak, to najprawdziwsza prawda, Waleria lubiła gadać do wymyślonej Józki, zrzędzić na niesprawiedliwe życie i inne przeciwności kobiecego losu. Była to dla niej swoista, choć nietypowa terapia. Najdoskonalszy sposób na schowanie przed bliźnimi swoich prawdziwych uczuć za plecami nierealnego świata. A wszystko dlatego że nie ufała jak kiedyś ludziom, ponieważ ją w przeszłości nieraz boleśnie zawodzili, bez skrupułów masakrując duszę i eliminując z jej serca, i ciała pozytywne emocje. Na swoje szczęście, uwolniła się z toksycznych przyjaźni i związków. To przeszłość – pomyślała i zaczęła pisać.
Danuta Schmeling
Vide: fot. pixabay;
  • rzeczownik „parasolik” – neologizm językowy określający wersy łzawe, nostalgiczne – deszczowe, stworzony przeze mnie na okoliczność określenia nastroju w utworach poetyckich i prozatorskich…– określenie absolutnie niezwiązane z techniką pisania, lecz jej treścią, rzadziej formą.
     
Author

Write A Comment

Privacy Preference Center

Close your account?

Your account will be closed and all data will be permanently deleted and cannot be recovered. Are you sure?