Macierzyństwo niby taki naturalny, a jednak niezwyczajny stan posiadania: miłości podzielonej pod sercem na dwa odrębne byty…Niezależne, choć zależne – naznaczone błogosławieństwem ludzi i nieba.
To Ono uskrzydla jestestwo kobiety, pozwalając sercu i duszy wzniecić w sobie niebywałą szlachetność, moc i niewiarygodną siłę kochania dziecka, a także swojego mężczyzny. Dlatego myśląc o swoich dzieciach i mężu, śpieszę się ich kochać, bo jutra może już dla mnie nie być…(?)
A dzisiaj przedstawię Państwu historię Anki – bohaterki książki: „Lustro – sekretne życie Anki Es”. Miłego czytania, a przy okazji kontemplowania swojego macierzyństwa i ojcostwa.

Anka, Marek i Filip – epizod 1.

Swoją pierwszą ciążę Anka znosiła naprawdę wspaniale. Nawet pięciomiesięczne, kobiece dolegliwości spowodowane porannymi nudnościami i wymiotami, nie były w stanie zniechęcić jej do macierzyństwa. Oczami wyobraźni widziała swojego małego synka, który jak na drożdżach rósł pod jej sercem. Od siódmego tygodnia ciąży nadała mu nawet imię Filip i nie chciała słyszeć, że mogłoby być inaczej.
Pamiętam dni, kiedy wymykała się z domu do pobliskiego kościoła i w pokorze na klęczkach prosiła Boga, by dał jej wymarzonego – jeszcze w czasach licealnych – Filipa. To przeświadczenie, że będzie mieć synka, tak głęboko tkwiło w jej kobiecej podświadomości, że każdy kto powątpiewał w narodzenie wymarzonego chłopca, natychmiast stawał się jej wrogiem.
Wiele razy przyłapywałam ją na tym, jak rozmawia z nim, głaszcząc się po brzuchu i zachodziłam w głowę, jak można tak bardzo chcieć być matką, tym bardziej że dwadzieścia lat jej młodego życia, to nie był wiek na przeżywanie tak mocnych i wyrafinowanych emocji związanych z dojrzałym macierzyństwem.
Ponadto nie wróżyłam Annie i jej mężowi Markowi szczęśliwego, rodzinnego życia. Byli tak bardzo różni od siebie i mieli tak przeciwstawne poglądy na życie oraz otaczający ich świat, że trudno mi było wtedy uwierzyć, że będą ze sobą tworzyć nierozerwalnie zgodny tandem. Widocznie nie potrafiłam być wprawną, znającą się na przyszłości wróżbitką, wyrokującą o cudzym życiu, ponieważ przeżyli ze sobą – jak do tej pory – prawie trzydzieści trzy czy cztery lata. Naturalnie, jak w życiu bywa, miewali lepsze lub gorsze chwile wspólnego pożycia, ale jednego nie można było im zarzucić – chcieli być razem!
Przyjście na świat ich syna Filipa pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku, sprawiło, że ta zahukana pracą w domu, młoda dama i jej mąż zaczęli z różnym skutkiem walczyć o swoją miłość i tworzyć podwaliny szczęścia zwanego rodzicielstwem. I chociaż wiele okoliczności wspólnego życia nie sprzyjało ich miłości – wciąż przy sobie byli, wspierając się mentalnie i materialnie. Czasem aż chciało się krzyczeć, by dali sobie z tym wszystkim spokój, ale oni uparcie brnęli w swoją „walizkową” egzystencję.
Właściwie poza drobnymi aferami z tytułu sposobu pojmowania przez Marka wolności osobistej oraz spędzania wolnego czasu niekoniecznie w jej i dziecka towarzystwie, nie było między nimi traumatycznych sytuacji, które wymagałyby ingerencji osób trzecich. Los w opozycji do poglądów różnych osób na ich temat, mimo wszystko im sprzyjał i pozwalał im kroczyć wyłącznie swoją własną drogą. Oczywiście wiele oboje zawdzięczają rodzicom Anki i krewnym Marka, którzy rozumieli znaczenie określenia: „docieranie się”, bo ich pomoc i wsparcie pozwalało im na porozumienie się między sobą i czczenie swojej nietypowej, szalonej – nieokiełznanej przez żadne rytuały i normy – miłości.
Marek, zodiakalny skorpion – mężczyzna o raczej silnej osobowości, przekornym, by nie rzec: upartym i trudnym charakterze, nieco zwariowanym i wybuchowym jak zapalnik usposobieniu, zapatrzony w swoją męską nieomylność oraz zawodowy, wręcz wojskowy profesjonalizm, z potrzebą dominacji nad nią, i ona, zodiakalny rak – romantyczna, nieco wycofana, ale w żadnym wypadku nie zakompleksiona dziewczyna, zapatrzona w swojego mężczyznę, byli tak skrajnie do siebie niepodobni, że aż szkoda mi było jej niezwykle wrażliwej duszy dla takiego mężczyzny jak Marek – indywidualisty i zapatrzonego w siebie narcyza. Ale to, co wydawało się mnie i innym takie oczywiste, Ance w żadnym wypadku nie przeszkadzało – była nim po prostu oczarowana.
Zawsze wyrażała się o swoim wieloletnim małżeństwie poprawnie, a swoje – powiedzmy szczerze – problemy rodzinno-osobiste obracała w żart, puentując słowami: A kto powiedział, że musimy mieć wszystko podane na talerzu? Miłości i bycia partnerem należy się uczyć przez całe życie, bo tylko w życiu i poprzez życie, możemy weryfikować nasze małżeńsko-rodzicielskie umiejętności. Nikt nie rodzi się mężem, partnerem, kochankiem, ojcem. Rodzimy się tylko albo aż kobietą lub mężczyzną, a to w żadnym wypadku nie wystarcza by być doskonałym…
Jej przekora oraz infantylność myślenia cholernie mnie dobijała, szczególnie wtedy, jak będąc blisko niej, odkrywałam w jej dużych, piwnych oczach samotność, której nie potrafiła ukryć za plecami macierzyństwa. Ale czy naprawdę czuła się samotną? W każdym calu jej prywatnego życia było widać sens i umiejętność znoszenia życiowych zawirowań czy niedoskonałości. Miała syna, którego kochała ponad miarę swoich ludzkich możliwości
i wiedziała, że nie jest sama. Życie z Markiem też nie wydawało jej się niedorzecznością, bo w gruncie rzeczy to nie był zły facet. I chociaż świat podejrzewał ją o brak szczęścia, była na przekór tym ludzkim, nieżyczliwym i złośliwym pomówieniom, i podejrzeniom – szczęśliwa. Kochała swoje niebanalne życie i swojego Marka. Miała w sobie tyle mądrości i tolerancji dla siebie i dla niego, że trudno było tego na co dzień nie zauważyć.
Nigdy nie użalała się – jak inne kobiety! – nad tym, że jest „kurą domową”, że opiekuje się synkiem i swoją wyjątkową rodziną. Widziała w tym swoje kobiece posłannictwo i nie czuła się od pracujących zawodowo kobiet ani gorsza, ani mniej ambitna. Może dlatego, że nie była wobec życia i ludzi zbyt wymagająca? Jej stosunek do ludzi, zdarzeń i samej siebie zamykał się w stwierdzeniu: „Być przed mieć!” i nigdy nie traktowała domowych obowiązków jak przysłowiowej kuli u nogi.
Zaszczytem dla niej było opiekowanie się swoją rodziną, jej zawdzięczała więcej niż sobie samej. Nawet dojrzewanie do roli matki i jej kolejne etapy macierzyństwa widziała w obcowaniu na co dzień z wesołą gromadką swoich dzieci, dla których wraz Markiem znosiła różne uciążliwości ich wspólnego losu. Ponoć nie ma większej miłości nad tę, która jest dana człowiekowi przez samego Boga wraz „inwentarzem” małżeńskiego życia. Jeśli ktoś tego nie rozumie, a trudy codziennego znoju traktuje jako ciężar, nie powinien decydować się na szukanie swojej drugiej połówki i tworzyć rodziny. Egoizm nie służy miłości i ludziom, gdyż niszczy niewinność – wolność, której na imię On i Ona. Chciałabym mieć tyle szczęścia co Anka i cieszyć się szacunkiem i miłością wielu ludzi, których tak jak ona uznawałabym za swoich niezawodnych znajomych i przyjaciół, cokolwiek w dzisiejszych czasach słowo znajomy lub przyjaciel znaczy.

Autor: Danuta Schmeling

Author

Write A Comment

Privacy Preference Center

Close your account?

Your account will be closed and all data will be permanently deleted and cannot be recovered. Are you sure?