Archive

Czerwiec 2016

Browsing

13532792_1758887400996338_7677709048935164061_n
Są w życiu człowieka takie dni, które stawiają go w świetle jupiterów. Takim dniem jest dla mnie dzień moich urodzin. Tego dnia nie skupiam się wyłącznie na sobie, lecz na mojej Mamie, która wydała mnie na świat. Niby nic wielkiego, a jednak niezwyczajnego… Bo niezwyczajnym wydaje się być misterium przyjścia człowieka na świat. Jego pierwszy kontakt z rodzicielką i wzrastanie przy boku kochających rodziców oraz bliższych i dalszych krewnych.
A moje życie? A moje życie to czas uczenia się siebie i innych ludzi: pierwszych wzlotów i upadków, pomyłek i błędów, które prostowały mój moralny – chrześcijański kręgosłup. Oczywiście jakiekolwiek było i jest moje życie, muszę je uznać za udane i szczęśliwe, choć aby tak było, musiałam się nieźle natrudzić i „intelektualnie pogimnastykować”. Nic bowiem samo nie przychodzi, bo niby dlaczego… (?) Szkoda tylko, że od dwóch lat i ośmiu miesięcy obchodzę dzień swoich urodzin ze łzami w oczach, bo nie mogę liczyć na uścisk mojej Mamy, ciepłe słowa i zapewnienie, że jestem przez Nią kochaną. Ale na szczęście nie jestem sama – mam rodzinę, znajomych, przyjaciół i Państwa, którzy tu czasem wpadacie, za co bardzo, bardzo dziękuję. Pozdrawiam.

***
Moje oczy nie płaczą!
Moje oczy cieszą się widokiem ludzi
i świata zamkniętego w realnych granicach normy.

Moje oczy sortują słowa –
ciągi słów niekiedy złych i absurdalnych –
przerzucając gorsze chwile na drugą stronę czasu.

Moje oczy współodpowiedzialnie kochają:
rodzinny dom,
ścieżki wydeptane przed laty,
rodziców: mamę i tata,
i piwonie – w ogrodzie –
zakwitające czerwcem.

Moje oczy – nie mącąc obrazu
własnego życia –
są po prostu szczęśliwe!

25 czerwca 2016 r.

Pamięci mojej Mamy

Czczę Cię:
milczeniem, modlitwą, słowami biblijnego psalmisty
i skromnymi wierszami,
które nie stoją pomiędzy nami,
lecz nas duchowo łączą i nas obie wspierają,
tyle miłości w sobie mają…

Lecz są zagubione i bardzo smutne,
ponieważ życie stało się okrutne
i nas ze sobą rozdzieliło.
Położyło rękę na naszym wspólnym być!

24 sierpnia 2014 r.

W każdej drodze jest sens,
w każdym pocałunku jest sens,
w każdym rozstaniu też jest sens.
Jedynie w śmierci pożegnaniu nie ma sensu.

Ojcu z miłością

Kocham błękit Twoich oczu.
Kocham twarz bruzdami mocno zaoraną.
Kocham spracowane – zmęczone ręce,
co mnie z czułością
i miłością cierpliwie nosiły.
Kocham, Cię, mój Tato!

29 września 2014 r.

zegar

Jak często w moim życiu uczucia i słowa pochlipywały, nie umiem zgadnąć. Sadzę, że nazbyt często, by uczynić ze mnie poetkę, a raczej autorkę liryki i prozy. (Choć zapewniam! Nie czuję się ani nieszczęśliwą, ani zdruzgotaną przez życie i mój własny los kobietą.) Myślę jednak, że owo „pochlipywanie” nie jest ułomnością, lecz darem, jakim obdarowała mnie natura. Wrażliwością na piękno świata, życia wewnętrznego i „zewnętrznego” człowieka; relacje kobiety i mężczyzny, jakiekolwiek by one nie były: dobre lub złe, bo przecież ludzkie życie jest esencją sensu – nieprawdaż? Z niedzielnym pozdrowieniem – autorka bloga.

1.

Uczucia i słowa pochlipują!
Pochlipują na różne sposoby
zamknięte w przestrzeni serca i głowy.
Oj, tak!
Koszmarnie szlochają.

W żółtym świetle dnia i autentycznego życia
wymykają się na zewnątrz obu światów.

Uczucia i słowa wypełzają na zewnątrz jak węże.
Szukają wolności!
Buzując w duszach płomieniem sensu
wykluczają bezsensowność.

19 czerwca 2016 r.

2.
„Przewrotne znaczenie”

Trzymanie przez mężczyznę kobiety za rękę nie świadczy o jego – do niej – miłości,
jedynie o jej – do niego – BEZWZGLĘDNEJ PRZYNALEŻNOŚCI.
Nieprawda, a może samo życie?

05 czerwca 2016 r.

3.

Panu Jarosławowi H*** z Warszawy

W Mojej Przestrzeni Kultury
dominują od lat ci sami brzydcy dwudziestoletni,
niezidentyfikowani okularnicy, niepoprawni zjadacze chleba –
liberalni, nieco zbuntowani – i stare wilki w ludzkiej skórze.

Pisarze i poeci z ksiąg życia i świata wyjęci,
sponiewierani, przeklęci – groteskowo-burleskowi…
Tacy, jakich lubię…

31 maja 2016 r.

Znów jestem! Nie dlatego że muszę, lecz dlatego że za Państwem zatęskniłam. Pisanie dla ludzi, którzy być może potrzebują zaczytać się w poezji lub prozie, daje mi poczucie siły, by sprawiać im i sobie przyjemność. Przepraszam, że piszę tak otwarcie, bez ogródek, ale nie owijam w bawełnę tego, co myślę. Polubiłam ten blog, choć nie jest „wypasiony”, jak u wprawniejszych ode mnie blogerów… Minimalizuję ozdobniki, skupiając się na słowie – na tym, co do Państwa piszę i jaki jest cel mojego spoufalania się z Panią/Panem w cyberprzestrzeni. Szczerze mówiąc, rekompensuję sobie w ten sposób niedobory pozytywnych fluidów, które pozwalają mi cieszyć się z tego, że żyję, choć prywatnie jestem szczęśliwą żoną, matką i od ponad sześciu lat także i babcią… Pisanie mnie mobilizuje i pozwala myśleć, że uszczęśliwiam ludzi. I niech tak zostanie, nawet gdyby rzeczywistość była z lekka inna.

Poezja:

„Wyznanie jej – jego”

W niewoli żywiołów myśli i cielesności swojej jestem,
w niewoli świata, co podłością zabija,
w niewoli grzechu tarzam się nieustannie,
obumieram – przemijam!

19 czerwca 2000 r.

***
Nie rozrywaj duszy na pół!
Nie gardź ludźmi,
nie złorzecz miłości,
pisz wiersze,
pieść słowo nocy królowo,
a gdy nastanie świtanie – uśnij kochanie!

21 lutego 2001 r.

13150073_10154197276384265_1916309374_n

P R O Z A

W pisarskiej pętli – epizod 37. [ZŁODZIEJKA CZASU]

Każdy, choćby najmniej wtajemniczony w arkana pisarstwa laik, doskonale wie, że pisanie jest misterną sztuką tworzenia wysublimowanych znaków i kodów językowych stanowiących „dekalogową” wręcz podstawę opisywania świata, ludzkich uczuć, ale i także zakamuflowanych przez pisarza bardzo osobistych treści.
January doskonale to rozumiał, ale nie potrafił i nie chciał zaakceptować stylu życia przyjętego przez Walerię, aby mogła powstawać jej przeklęta książka. Ani romantyczna kolacja we dwoje, ani uczucie do żony nie potrafiło tego zmienić. Ileż to razy „stawał okoniem”, żeby uprosić Walerię – dla siebie – o chwilę uwagi. Niestety ona często lekceważyła jego emocjonalne i egzystencjalne potrzeby, jakby żyła sama dla siebie albo dla tej nieszczęsnej lafiryndy Józefiny. To przez nią i tę pieprzoną książkę czuł się w ich życiu outsiderem. Kimś dla Walerii mało ważnym. Rzuconą w kąt niepotrzebną rzeczą – zwyczajną ścierką. Nienawidził ją za to, że czując się zapracowaną pisarką tak nierozważnie pozbawia siebie, a przede wszystkim jego – intymności. Że praca w firmie i pisanie książki znaczą dla niej więcej niż on sam i Matylda. Oczywiście, że mijał się z prawdą. Ale egocentryzm nie pozwalał mu na trzeźwe ocenienie sytuacji, którą zafundowało mu poniekąd życie i jego Waleria. Nie dbał wcześniej o ich trudną, ale niepospolitą, miłość.
Zawsze nadęty, jak paw tkwił, uparcie w swoich obsesjach i schizofrenicznych fobiach, próbując narzucić domownikom własne poglądy i zainteresowania.
– Walerio, kiedy skończysz tę cholerną historię z Józefiną? – wrzeszczał od rana jak oparzony.
– Chciałbym zabrać cię dzisiaj do kina, bo grają „Wałęsa, człowiek z nadziei”. Proszę, spróbuj niczego na dzisiejsze popołudnie nie zaplanować… Dobrze? – zapytał, udając uprzejmego. Spojrzawszy przelotnie na Walerię, posłał jej piorunujące spojrzenie, tak na wszelki wypadek, żeby miała świadomość, że w żadnym wypadku nie odpuści jej dzisiaj tego kina. Waleria spojrzawszy z lekką drwiną na męża, ruszyła w stronę swojego pokoju. Spokojna i opanowana, jak nigdy dotąd, chłodno przyjęła wieść o popołudniowym wyjściu z nim do kina. Nie zaangażowała się nawet – z Januarym – w poranny dyskurs o swoim pisarstwie. Doszła bowiem do przekonania, że nie powinna prowokować męża zbyteczną paplaniną. Zresztą, bo i po co? Przecież on i tak niczego nie zrozumie! Natomiast zadowolony z obrotu sprawy January wciągnął na siebie spodnie i świeżo uprasowaną koszulę i, pokropiwszy się markowymi perfumami, dość energicznie przeszedł z przedpokoju do pokoju Walerii.
– Kochanie, czy masz chwilę? – wyszeptał, jakby bał się zburzyć dobry nastrój panujący w ich domu. – Zapomniałem ci powiedzieć, że seans filmu rozpoczyna się w „Sfinksie” o siedemnastej trzydzieści… To tak na wszelki wypadek, żebyś nie zapomniała. Waleria spojrzała na niego z obojętnością, udając, że wszystko jest w idealnym porządku.
Gdyby wiedziała, co czeka ja w domu, zostałaby dłużej w firmie. A tak musi pójść na kompromis i obejrzeć film, który przed trzema dniami – w towarzystwie Matyldy – już dawno obejrzała.
– Boże, jaka jestem głupia! – myślała. – Przecież nie powinnam przestawać pisać i godzić się na to ubezwłasnowolnienie. Hmm, ale skoro to ma poprawić moje relacje z Januarym, może jednak powinnam pójść do tego przeklętego kina? Spojrzawszy potulnie na męża, grzecznie odpowiedziała:
– Cieszę się, że mi o tym przypomniałeś! Jakby co, jestem w swoim pokoju – dodała. Odwróciwszy się w stronę biurka, podeszła do laptopa, aby kontynuować przerwane przez siebie pisanie. I znowuż los Józefiny stawał się integralną częścią jej własnego losu. Czuła to od wielu, wielu miesięcy. Wiedziała, że uzależniła się od życia tej nierealnej dziewczyny, tak jak Józefina zależna była od niej oraz jej pisarskiego kunsztu i literackiej wprawy. Życia pośród dłuższych lub krótszych fraz ukształtowanych na podobieństwo realnego świata, które przeżywała wraz z Krzysztofem oraz jego i swoimi znajomymi, i przyjaciółmi. Świat Józki był jednak wbrew pozorom mniej niebezpieczny niż w „realu” – pomyślała Waleria. Dlatego spojrzawszy na zegarek, zamknęła laptop i pośpiesznie udała się do łazienki, by przywdziać odświętne ubranie i w ten sposób przypochlebić się Januaremu.
– Jeszcze dyskretny makijaż i parę kropel francuskich perfum, i możemy wychodzić – szepnęła. Nie czekając na aprobatę męża, szybko dodała: Byłam niemądra, że postawiłam wszystko na szalę mojej książki, powinnam zaufać Tobie i naszemu przeznaczeniu.
January uśmiechnął się pod nosem i jakby nigdy nic, sięgnął po parasol i klucze. Idąc śladami męża, Waleria udała się do wyjścia, które wydawało jej się tego dnia być nazbyt odległe. Jej serce oszołomione kłamstwami i grą pozorów, których się dopuszczała, biło coraz szybciej i szybciej. Niewzruszona swoją nieuczciwością brnęła w tę absurdalną sytuację, której była wytrawną kreatorką. January tymczasem, udając, że panuje nad swoim i jej życiem, nie był jednak do końca przekonany, że ich drogi na nowo się schodzą i że nie są – jak dawnej – w odwrocie… Nie ufał Walerii i wyczuwał w jej zachowaniu jakiś mały podstęp.
Mimo obaw zmierzał wraz z nią do kina, które wyłaniało się z otchłani zapadającego nad miastem zmierzchu. Na seans przybyło naprawdę sporo ludzi. Więcej niż mogła się tego spodziewać, oczywiście z przewagą dojrzalszych niż młodszych kinomanów. Gdzieniegdzie odbijały się o ściany głosy spóźnialskich, którzy w pośpiechu oddawali swoje okrycia do szatni i podążali w kierunku sali.
Waleria przyglądała się im bez entuzjazmu, chociaż nie było żadną tajemnicą, że co najmniej raz w miesiącu lubiła oddawać się pasji oglądania nowinek kinematograficznych, by nie być posądzoną przez znajomych z pracy, że jest dyletantką. Profanką sztuki, przez wielkie, bluźniercze „P”… Ale żeby dwa razy oglądać ten sam film? To zakrawało na bezduszne mitrężenie jej drogocennego czasu. Na szczęście myśl tę przerwała Polska Kronika Filmowa i Waleria zatopiła całą swa świadomość w strumieniu bezużytecznych informacji i reklam. January zaś, siedzący tuż obok niej, czuł, jak wzbiera w nim czułość do żony, i jak wzruszenie przepełnia jego ciało i próżną – pozbawioną skrupułów – duszę. Skomplikowane uczucia i fabuła oglądanego filmu kumulowały w jego głowie różne myśli i spostrzeżenia. Współgrały na scenie realnego świata, przekomarzając się z patosem polskiego filmu i jego prywatnego życia.

Dzisiaj, jak obiecałam, będzie chwila z Dianą, nauczycielką z powołania. Niepoprawną „siłaczką” zapatrzoną w młode pokolenie Polaków… Zatem: życzę Państwu radosnych chwil z dziennikiem Diany – pozdrawiam.

PROZA

1.

Ferie dobiegły końca. Wypoczęta i zrelaksowana pobytem w domu, powróciłam na stare śmiecie i do szkoły, by dać sobie kolejną szansę kontynuowania zawodowej przygody. Ale nie czynię tego z pobudek czysto hedonistycznych, no może odrobinę. Pierwszy dzień w szkole zaczęłam od przywitania z moimi „odlotowymi” wychowankami. Oczywiście nikt z nich nie czuł radości ze swojego powrotu do placówki i szkoły. Wiedząc o tym, zrobiło mi się smutno, a nawet bardzo głupio, bo w lot pojęłam, że jestem w tym momencie przez nich wszystkich totalnie opuszczona, że nie łapię z żadnym z nich kontaktu, który jest tak bardzo potrzebny – niezbędny wręcz! – by trwać w tym szkolnym, społecznym i dość skomplikowanym związku. Oczywiście moja belferska bezduszność podyktowana realizacją narzuconego przez MEN i mój rozsadek programu nauczania – rzecz jasna! – zrobiła swoje, naprowadzając mnie
i moich niepokornych uczniaków na odpowiednie tory. (Mówiąc kolokwialnie: wzięłam się ostro i solidnie do roboty…)
Prowadząc swoją pierwszą lekcję i to na dodatek w „swojej” klasie, poczułam się bezpiecznie, choć wiedziałam, że moje dzieciaki miały w nosie, o czym i dlaczego do nich mówię. Widziałam w ich oczach przerażającą pustkę i znużenie, jakby od dawien dawna nic nie miało dla nich żadnego sensu ani znaczenia. Czy nie miało? – tego nie wiem, ale było mi przykro, że muszę wymuszać na nich zainteresowanie sobą i przedmiotem… W parę sekund przeszła mi nawet przez głowę krótka niedorzeczna pewnie myśl: Jezu! – co ja tu jeszcze robię? Dlaczego brnę w tę niekończącą się pustkę i ten beznadziejnie podstępny marazm, czyniące z mojego zawodowego życia cyrkową arenę?
Nieśmiało wyraziłam tę wątpliwość i obawę, choć doskonale wiedziałam, że ów krótkotrwały kryzys u siebie i u uczniaków na pewno szybko przeminie wraz z kończącymi się dzisiaj zajęciami edukacyjnymi. I tak się na szczęście stało! Bo cóż by to była za praca, w której sens i rozsądek uczniów bym powątpiewała!

2.

Niezliczone, „najeżone” dyżury na korytarzach szkoły, wc i na podwórzu stały się ostatnio jednym z ważniejszych priorytetów pracy nauczycieli w mojej innowacyjnej placówce. To już nie są zwykłe dyżury, to misja naprawiania świata. Unicestwiania zła, które rzekomo rozpanoszyło się w naszej szkole na jawie i w wyobraźni. Człowiek nie ma nawet czasu na przygotowanie się do swoich kolejnych zajęć, bo jak idiota musi biec po skończonym dyżurze na następną swoją lekcję. Ale, co tam! – ważne, że dzieciaki czują się doskonale i bezpiecznie. Reszta to przecież bagatela!
Broń Boże nie uskarżam się na swoje nauczycielskie życie, ale miotanie się jak w obłędzie prawie na wszystkich przerwach po długich, krętych korytarzach szkoły, nie jest szczytem moich kobiecych marzeń ani pedagogicznych priorytetów… Wolałabym skserować dla swoich uczniaków wymyślone przez siebie i metodyków mojego przedmiotu – kart pracy, uzupełnić wpisy w dzienniku, czy nawet po ludzku z uczniami lub koleżeństwem o szkole i jej problemach porozmawiać. Tym bardziej że problemów wychowawczych jest o ciut za dużo, a czasu na ich załatwienie nie jest za wiele, bo bez przerwy siedzimy jak kanceliści zanurzeni w idiotycznych papierkach. (Dla „góry” niestety nie nauczanie jest ważne, ale papierki, najlepiej całe ich stosy!)

3.

Jest ciemna noc, a ja prawie w bezruchu siedzę pośrodku pokoju i miotam się z myślami, trwając w nauczycielskiej – człowieczej zadumie… Myślę, co też mnie dzisiejszego dnia w szkole spotka? Jakie problemy będę miała wraz z uczniami do pokonania? Czy dam radę podźwignąć ciężar swoich rozlicznych obowiązków i uznać ten dzień za wspaniały, i mądrze zaliczony?
Zastanawiam się także nad tym, jaki jest naprawdę sens dumnie brzmiącej socjalizacji, tak bardzo hołubionej przez znawców psychopedagogiki społecznej. Zamiast spać, teoretyzuję, myśląc o tym i owym. Ale lubię te chwile intymnej zadumy nad sobą i swoimi zawodowymi wątpliwościami…
One wyposażają mnie w nowe doświadczenia. Ugruntowują i weryfikują nabyte przez lata pracy umiejętności czy poglądy, i nakazują być bardziej rozważną, a nawet ostrożniejszą w pracy z naszą trudną, aczkolwiek „fajną” młodzieżą. Oczywiście, że ufam dzieciakom, ale przyznaję, tylko w umiarkowanym stopniu, ponieważ wiem, że często nauczycielami manipulują, próbując dla siebie jak najwięcej, niekoniecznie w uczciwy, rzetelny sposób – uszczknąć. I chociaż uchodzę w szkolnym środowisku za „niereformowalną pracoholiczkę i żyletę”, niektórzy uczniowie – mimo wszystko! – okazują mi swoją sympatię i szacunek, chociaż tak naprawdę niczego w zamian od nich nie oczekuję. Wystarczy mi ich życzliwy uśmiech i proste słowo: dziękuję.
Uprawiam przecież zawód, który jest od jakiegoś czasu obarczony, szczególnie w ostatnim czasie, koniunkturą spadku popularności, narażony na pomówienia i przeróżne asocjacje społeczne – niekoniecznie pochlebne, dobre, a przede wszystkim sprawiedliwe…

Autor: Danuta Schmeling

P1060214

Dzień dobry! Stęskniłam się za każdym z Państwa, dlatego jestem i znów piszę. Na ile jest to cenne, osadzą Państwo sami. A dzisiaj będzie niemal o wszystkim: tajemnicy i sekretach naszego umysłu, pasjach i pragnieniach…

PROZA: [„Zamek z piasku”, Danuta Schmeling]

WPROWADZENIE

Diana potrafiła wyczyniać w życiu cuda. Była spokojną, nie rzucającą się w niczyje oczy dziewczyną, którą życie wielokrotnie wystawiało do wiatru, chociaż nigdy nie miała mu za złe, że przybierało takie a nie inne konotacje. Może dlatego, gdy wybrała się na długie pedagogiczne studia, poczuła się naprawdę wolną i dla siebie, i innych wreszcie bardzo ważną. Naiwnie wierzyła, że po ukończeniu pięcioletnich studiów w jej monotonnym, pozbawionym ekscytacji życiu, wreszcie zapanuje boski porządek i właściwa hierarchia podporządkowanych sobie priorytetów i celów.
Dlatego tak pokornie i wytrwale uczyła się, podejmując codzienne wyzwania o zdobycie wiedzy. Była w tej pozornie lekkiej walce – jak to często w życiu bywa – osamotniona, ale przecież doskonale wiedziała, że tylko w ten niebanalny sposób zmieni swoją banalną, przereklamowaną przez dopiero co odkrytą dorosłość i narzuconą przez los, być może nawet samego Boga – napuszoną, pełną zakrętów, kobiecą egzystencję. Kochała jednak to, co robiła, nawet jeśli czasem kosztem swojej rodziny i przyjaciół, których od jakiegoś czasu towarzysko zaniedbywała.
A oto jak opisuje swoje perypetie w zawodzie, który na przekór wszystkim uprawiała,i dzięki któremu wpadła w sidła edukacyjnej przygody: małych sukcesów i wzlotów w niebo, ale także zawodowych rozczarowań, wątpliwości i nauczycielskich: takich czy siakich porażek. A było to, jak w każdej gawędzie i bajce bywa, po prostu tak…
(cdn.)

POEZJA

„Tajemniczy ogród”

Słowa zgłodniałe fabuły już nie milczą.
Stoją na rozdrożu wersów,
porządkując soczyste – kobiece myśli
zbite w kłębuszek ludzkich emocji.

W ogrodzie językowych znaków odbijają się echem:
bardziej pewne życia,
bardziej pewne jego i siebie!

Jak promienie słońca zanurzone w kwiatach,
w miłości i w śpiewie aniołów próbują powiększyć w duszy to,
co w niej małe – niepewne,
upokorzyć codzienność.
Oderwać od ciała…

Słowa zgłodniałe fabuły triumfują!
Co za bliskość sensu, słów i kobiecości w jednym życiu!

02 czerwca 2016 r.