Archive

Lipiec 2018

Browsing
Mam przyjemność poinformować Państwa, że na polskim rynku wydawniczym pojawiła się książka pt.: Peron literacki antologia dla Kasi, koszalińskiego Wydawnictwa KryWaj, w której są także moje trzy wiersze… Serdecznie pozdrawiam, zachęcając do zakupienia niniejszej pozycji…

 

Niedzielnym porankiem witam Państwa i serdecznie pozdrawiam. Moje zagajenie nie będzie dziś  zbyt długie, ponieważ zaproponuję Państwu do przeczytania opowiadanie pochodzące z powieści: Złodziejka czasu, mojego autorstwa… Życzę przyjemnej zabawy!
Krecia robota – epizod 32.
W pokoju gościnnym państwa Szumowskich panował koszmarny bałagan, nawet January nie był w stanie zapanować nad tym nieporządkiem. Trzymając w ręku kawałek drożdżowego ciasta, który ostał się z poprzedniego dnia na talerzu, a które Waleria tak uwielbiała piec i zajadać, zapytał:
– Jak myślisz, ile czasu zajmie ci ukończenie swojej książki? Czy wiesz już, jak zakończą się losy twojej ukochanej bohaterki Józefiny?
Waleria spojrzawszy uważnie na Januarego, odpowiedziała niedbale:  Jeszcze nie wiem. Myślałam o zdradzie, ale ten pomysł wydaje mi się tak banalny, że aż głupi… Wychodząc szybko z pokoju, pomyślała: Ten sarkastyczny ignorant i zarozumiały palant przejmuje się moją książką, dziwne? Jakoś nie wierzę w jego zainteresowanie mną i moją pracą. Pewnie szuka w mojej książce fabularnych lub lingwistycznych rysów i warsztatowych słabości. Gołym okiem to widać i węchem wyczuć! – zawtórowała myślom i oburzeniu. Dla zilustrowania swoich intuicyjnych obaw, głośno zapytała:
– Nie idziesz do pracy?  – a potem dodała: – Zamiast przejmować się moją głupią książką niestosownie wścibiając nos w nieswoje sprawy, zajmij się poranną toaletą i śniadaniem.
Wyczerpawszy wszystkie sugestie i aluzje, w stanie permanentnej złości, zaczęła powoli wciągać na siebie przewiewne ciuchy, które poprzedniego dnia dla siebie – z sobie tylko dobrze znanym zaangażowaniem i precyzją – przygotowała.
– January, ciekawość to bardzo zły doradca! – podsumowała i wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi mieszkania. Udając się pośpiesznie do pracy, która była dla niej tak samo bardzo ważna, jak pisanie książki, zastanawiała się nad harmonogramem i skalą dzisiejszych  obowiązków, i powinności. Nie bez sympatii dla ludzi przychodziła do swojej firmy, by po godzinie piętnastej szybko z niej zniknąć. Musiała przecież zająć się domem. Ale dzisiaj miało być inaczej. Dzisiaj musiała zostać po godzinach, żeby nadrobić powstałe z powodu wyjazdu do Paryża okropne zaległości. Ale nie była tą wymuszoną okolicznością jakoś szczególnie przygnębiona, ani na nikogo bardzo zła czy wściekła. Jeśli kiedykolwiek miałaby się zdenerwować, to tylko wtedy, gdyby miało się okazać, że jest nikomu w firmie niepotrzebna. Przemierzając wąski korytarz zlokalizowany na drugim piętrze, pewnym krokiem szła w kierunku swego gabinetu.
– Witajcie, kochani – rzekła na powitanie. – Jakże się za wami wszystkimi stęskniłam – mówiła, wolno i starannie, jakby zależało jej na tym, by nikt nie miał wątpliwości, że wszyscy bez wyjątku są jej bardzo bliscy. W milczeniu zabrała się do sprawdzenia korespondencji i poczty na Onecie, a potem przedzwoniła do domu, żeby upewnić się, czy January zjadł  pierwsze śniadanie.
Robiła to od wielu lat z pewną regularnością, ponieważ uważała, że January w ogóle o siebie nie dba. Skoro mieli ze sobą jeszcze być, to nie mogła pozwolić sobie na daleko posuniętą ignorancję i lekceważenie jego osoby. W końcu był jej mężczyzną! Nagle podszedł do jej czworokątnego biurka nieznajomy mężczyzna z zapytaniem, czy ma przyjemność z Walerią Szumowską… To niespodziewane zainteresowanie jej skromną osobą, wzbudziło w niej zaciekawienie i niepokój. Skoczyła na równe nogi i odpowiedziała:
– Owszem, nazywam się Waleria Szumowska. W czym mogę panu pomóc?
– Och, to wspaniale! – odpowiedział,  mężczyzna, unikając kontaktu wzrokowego z Walerią, jakby się obawiał, że ta niepozorna skądinąd kobieta od razu dostrzeże w jego oczach pretensjonalność i pozerstwo, bo Jean-Kaim był pozerem, tylko świat o tym nie wiedział.
– Czy mogłaby mi pani podać namiary do Matyldy? – szybko wydukał, uśmiechając się do Walerii nazbyt pewnie i zalotnie.
– Kim pan jest i skąd pan zna moją córkę? – nieśmiało zapytała. – Jaką mam pewność, że nie zrobi pan mojej córce krzywdy? Zaskoczony barakiem zaufania z jej strony, próbował jeszcze  coś sensownego Walerii powiedzieć… Znam Matyldę z wykładów w Paryżu, studiowaliśmy na tej samej uczelni.
– Aaa, to taka historia. Znacie się państwo z Paryża… Ciekawe czy potwierdzi to Matylda? Wybaczy pan, ale nie mam teraz czasu. Może spotkamy się, jak skończę swoją papierkową robotę, w kawiarni „Feniks” na rogu ulicy Grabiszyńskiej. To niedaleko, około sto pięćdziesiąt metrów od mojej firmy.  Zatem jesteśmy umówieni?
– Oczywiście, będę czekał… –  na co Waleria zareagowała pobłażliwym uśmiechem,
W jednej minucie po wypowiedzeniu: Do zobaczenia! – Jean-Karem podążył w kierunku windy, której metalowe drzwi odbijały się cieniem na brunatnej ścianie dyskretnie oświetlonego korytarza. Waleria widząc, jak nieznajomy schodzi jej z oczu, odetchnęła z ulgą. Wreszcie będzie mogła, oddać się biurokratycznej procedurze wczytywania się w bankowe informacje, z przerwą na parzoną po turecku kawę. Zapijając ciekawość o francuskim nieznajomym, myślała:
– I pomyśleć, że ten przystojniaczek przyleciał do Wrocławia, żeby spotkać się z moją Matyldą! – Ciekawe czego od niej chce i… po cholerę tutaj przyjeżdża? – szybko skwitowała… Zadawanie sobie w myślach pytań retorycznych, których ciągi układały w długi szereg, pozwalały Walerii, zapomnieć o zaległościach w pracy. Nienawidziła chwil, kiedy zmuszała się fizycznie i intelektualnie do wysiłku i… gdy nie czuła w sobie impulsu działania na dokończenie tego, co przed wyjazdem do Francji rozgrzebała i nie dokończyła. Zresztą, kto by chciał?
– Szlag by trafił to wszystko! – zaklęła. Jak mogłam dopuścić do tego, żeby jakiś gówniarz tak mocno mnie poirytował? Zła na siebie i zaistniałe okoliczności, wybrała numer do Matyldy, by zapytać ją o tajemniczego przybysza z Paryża.
– Matylda? – niecierpliwie zapytała…
– No cześć mamo! – odpowiedziała grzecznie dziewczyna. – Co się stało, że robisz o tak wczesnej porze taką zadymę?
– Ja robię zadymę!? – wrzasnęła, wyprowadzona przez Matyldę lekko z równowagi.
– Moja droga usiądź twardo na swej młodej pupie i posłuchaj! – kontynuowała. – Dzisiaj rano przyszedł do mojej firmy cholernie przystojny jegomość… Zapytał o ciebie i nazwał siebie Jeanem-Karemem… Na dodatek zmusił mnie do spotkania z sobą, by pogadać ze mną o tobie. Oczywiście było na odwrót…
– Czy możesz mi do cholery powiedzieć, kim on jest i po co do Polski – do ciebie – przyleciał?
– Oj, zaraz do mnie! – niemrawo odpowiedziała Matylda. Jean-Karem przyleciał do Polski w interesach, a że pragnie się ze mną spotkać, to chyba dobrze? – zawiesiła podniesiony nieco głos, jakby nie rozumiała, że spotkanie z Francuzem nie pozostanie w jej życiu bez śladu i życiowych konsekwencji.
– Mamo, on jest nieszkodliwy, studiowaliśmy razem w Paryżu na tym samym kierunku, był w mojej grupie i bardzo go lubiłam. Takie tam niezobowiązujące do niczego spotkania i tyle!
Matylda kłamała matce jak z nut. W głowie czuła mętlik, bo myśli i wspomnienia z Francji nie dawały jej spokoju.
– Boże, Jean-Karem jest w Polsce! – głośno zawołała. – Jak mógł dać o sobie znać i próbować ponownie stanąć na mojej drodze? Po tym jak zupełnie o mniej zapomniał, jak wyparł się naszej miłości? – złość i wzburzenie sięgały w niej zenitu. Tylko głos matki w słuchawce telefonu pozwolił utrzymać w ryzach dyscypliny jej rozkołatane serce.
– Skoro twierdzisz, że to twój dobry kolega, to dobrze – kończyła rozmowę Waleria. – To może zamiast mnie ty spotkasz się z Jeanem-Karemem w kawiarence na rogu Grabiszyńskiej? Zapisz sobie namiary. Kawiarenka „Feniks”, Grabiszyńska sto siedemdziesiąt dziewięć… Aaa, zapomniałam dodać – Waleria przeciągnęła głos, jakby chciała dodać sobie animuszu
i splendoru… – Godzina siedemnasta trzydzieści, tylko się  nie spóźnij.  Odłożywszy telefon na widełki, ponownie zabrała się do roboty. Wyciągi z kont przesuwały się w jej dłoniach, jak palce mężczyzny po nagim ciele kobiety, a dobry nastrój sygnalizował  szybkie zakończenie pewnego etapu pracy.
 Danuta Schmeling
Są takie chwile, dzięki którym uświadamiamy sobie po raz kolejny, być może tysięczny, że żyjemy nie tylko dla samych siebie, ale także dla swoich życiowych partnerów: mężów, kochanków, chłopaków… Dzisiaj dla mnie jest właśnie taki dzień, dlatego ten wiersz poświęcam mojemu mężowi i wszystkim tym Państwu, których dopadła romantyczna melancholia i poczucie spełniającego się szczęścia. Pozdrawiam!
Poezja
Chciałam tak żyć,
by dotknąć cała sobą
nieba (nie)swojego.
Z Tobą być,
cieszyć się chwilą
szczęścia wspólnego.
Do Ciebie biec,
kochanie Ty moje,
lecieć na skrzydłach miłości.
Do Twoich oczu i dobrych rąk,
i gorącej jak słońce                                                                                                                                                         rozkochanej w życiu czułości…
Chciałam tak żyć,
by nie musiała bać się siebie.
Ani cierniowych dróg,
ani zielonych zapadlisk
oddzielających
mnie od Ciebie.
Przed siebie biec,
wytrwale iść.
Zaufać powołaniu!
Gwiazdą na Twoim niebie się stać
i trwać przy kochaniu!
28 lipca 2018 r.
Vide: fot. pixabay. com
PAMFLET z przymrużeniem oka!
Utalentowani poeci?
Kto oni?
Krzepki,
anonimowy recenzent:
– To bałwochwalcy słów
przez facebooka uformowani.
Dogasający emocją pustą
zrodzoną na pokaz.
Ktoś z tłumu:
– W rzeczy samej,
taki jest utalentowanego poety
medialny – karykaturalny – obraz.
Czytelnik:
– Ja się z tym nie zgadzam!
Pchać kij w mrowisko
i czepiać się Bogu ducha winnych poetów
to największa polska przypadłość,
by nie rzec:
pospolita zaraza!
27 lipca2018 r.
Vide: fot. priv.
Nim odbije się od nas nasze życie echem, warto poświęcić mu wiele uwagi. Szczególnie na relacje z bliskimi i obcymi osobami. Jestem po lekturze książki pod tytułem: „Dom Józefa” Augustyna Pelanowskiego i przyznaję, wiele się  z niej nauczyłam. Choćby tego, że życie nie jest bezsensem, nawet jeśli wykonujemy od lat te same rutynowe czynności. I że staje się nim wtedy, jeśli wszystko „kręci się” namiętnie wokół naszego własnego „ja”… pnąc się po szczeblach naszej pychy i idiotycznej próżności. Gdy te dwie wartości przeważają w nas jako pragnienia, wtedy stajemy się zakładnikami samych siebie i własnych myśli, które będą nas wodzić na pokuszenie, wmawiając nam, że jesteśmy albo doskonali, albo do niczego, że w cenie jest wyłącznie: władza, pieniądze – najlepiej pełne worki pieniędzy i seks; nie jest ważne z kim, byle było go dużo i  żeby był „pieprzny” – ostry jak imbir.
A przecież nie jesteśmy najważniejsi w galaktyce i żadna z chwil nie jest identyczna, choć podobna. Wie o tym nawet małe dziewięcioletnie dziecko. To dlatego nie umiemy się niczym cieszyć, bo materializm, opinia innych (o nas), złudna sława, kariera, zarabianie i wydawanie pieniędzy, popisywanie się przed innymi, jacy to jesteśmy boscy, wzięły górę nad naszym człowieczym rozsądkiem i jestestwem, które sprowadziliśmy do poziomu buta… i ziemi. Przestaliśmy myśleć o kondycji naszego ducha i jego potrzebach… Przez chwilę i ja zapętliłam się w życiu materialnym, na szczęście w moim domu Mama i Tato nauczyli mnie, że poza światem widzialnym i tym całym pięknym – zróżnicowanym świecie fizycznym istnieje KTOŚ, dla kogo warto poświecić odrobinę siebie, bez którego niewiele znaczymy, bez względu na to czy dano nam łaskę wiary, czy nie. I ja w tę oczywistość wierzę, bo mając takie podejście do świata i własnego życia, trudno być sfrustrowanym i nazbyt mocno poobijanym… Witam nowych subskrybentów i dziękuję za to, że są Państwo ze mną na dobre i na złe!
LIRYKA  „FUNDAMENTALNA”
Pierwotne piękno człowieka
to naturalność
bez nieustannego chowania się
za sumienie.
Biotyp życia
powtórzonego w nieskończoności
duszy i ciała..
Powtarzalność
rezolutna bez kalkowania
symbioza z Bogiem i człowiekiem.
26 lipca 2018 r.
Vide: 1. / fot. pixabay .
2. / *liryka fundamentalna (religijna) – dotykająca tematu Boga i przyjmująca Jego SŁOWO!
Dzisiejszy dzień zmiażdżył mnie złymi okolicznościami. Mój Tato znika w oczach, a ja, Jego córka, gasnę emocją wraz z nim, kawałek po kawałku, tracąc pewną teraźniejszość i niepewną przyszłość…  On  najskromniejszy z ludzi jakich znam, jest, był i zawsze będzie w moim sercu LATARNIKIEM, co rozświetlał i ciągle jeszcze  dzięki Bogu  rozświetla moje życie światłem ojcowskiej miłości i prawdziwej troski  o mnie, i nasze wspólne – dorosłe życie… Nie chcę myśleć o naszym rozstaniu, które kiedyś nastąpi, a które na pewno będzie dla mnie tragicznym wydarzeniem i duchową apokalipsą…
Mojemu najdroższemu Ojcu…
Tato!
Jesteś latarnią w moim życiu,
przez którą  jak zgaśnie, stanę się ciemnością…
20 lipca 2018 r.
 
 
Vide: fot. priv.
Ten tydzień zacznę od przywitania z Państwem: Dzień dobry! 
Wrzucam do sieci taki oto wiersz, który powstał z samego rana, by pozwolić mnie i Państwu na chwilę, oderwać się od obowiązków życia. Miłego dnia – autorka bloga Ocal słowa. 

LIRYKA WYZNANIA

Chciałabym móc,
miłość odczytać
z srebrnych gwiazd,
Twoich warg i grymasu twarzy.
Śpiewu ptaków,
co budzą mnie o świcie,
by mieć pewność,
że nic złego nam się nie przytrafi,
nie wydarzy.
 
Chciałabym,
wyszarpać niebu nadzieję
i Boże zapewnienie,
że nikt mi nie zabierze tego,
co kocham nad życie.
Tak chciałabym choć raz,
stanąć pewnie bosymi stopami
na wielkim życia szczycie.
 
16 lipca 2018
 
Vide: fot. pixabay
Kiedy życie nam  dokopuje, wkurzamy się,  mówiąc kolokwialnie: Niech to szlag!   A co zrobić, gdy wszystko nam się w miarę układa? Dobrze nam, jak u Pana Boga za piecem?
Jesteśmy kochani, doceniani, faworyzowani przez zmienny los i ludzi. Pozornie niewiele, choć wiele… albo kompletnie nic, wychodząc na totalnych ignorantów. A zatem, co powinniśmy robić, by mieć czyste sumienie? Uczmy się dostrzegać dobro w prostocie zdarzeń, dziękować naszym bliźnim i Bogu za wszystko, co nas spotyka i cieszmy się nieustannie, że żyjemy. Nie szukajmy u innych litości, gdy jest nam źle, nie afiszujmy się nadto szczęściem i miłością, bo nie ma potrzeby zapraszać do swego szczęścia obcych,  doceniajmy partnerów w związku i umiejmy przebaczać winy…
Niby proste, a jednak trudne czasem do wykonania. Wiem to po sobie. Z tym ostatnim, mam czasem problem: bo zodiakalne raki tak mają. Niby przebaczają, ale do grobowej deski pamiętają   durny sposób na satysfakcjonujące życie. Dlatego i ja – niby taka „dojrzała i mądra doświadczeniem  życiowym kobieta”, też muszę w tym względzie nadrabiać swoje braki i się modyfikować albo resetować swoje poglądy… Drodzy Państwo jestem z Wami sercem i myślami, i zapraszam do czytania.
Ps. Też się czasem chwalę swoim szczęściem na Facebooku, ale stopniowo od tej praktyki odchodzę, bo ludzie poczytują to za narcyzm… – „koniec, kropka”, jak mawia mój dobry znajomy z Warszawy.
(LIRYK)OWANIE
Ofiarowałeś mi kiedyś
wiele szczęścia,
i kwiatów polnych wiklinowe kosze.
Zapach macierzanki, lawendy
jaśminu i chińskich goździków,
(nie jesteś mi nic winien),
o nic więcej Cię już nie proszę.
Dałeś mi wiele siły,
której w sobie nie miałam.
Podtrzymywałeś na duchu,
gdy tego potrzebowałam.
Dałeś mi na dłoni świat,
o którym kiedyś uczyłam się
w mojej szkole.
Nauczyłeś,
że warto kochać,
a dobro przemieniać w białe motyle.
Pokazałeś,
jak przebaczać winy,
by pozbyć się frustracji na całej duszy
i ciele.
13 lipca 2018 r.
  • „(LIRYK)OWANIE” – NEOLOGIZM JĘZYKOWY odnoszący się do czynności sentymentalizowania w poezji… – ukazywania przeżyć i uczuć podmiotu lirycznego.
Vide: fot. pixabay
 

 

Przed laty moja Mama powtarzała mi:  Miłość to jedyna człowiecza przypadłość, której nie należy się wstydzić. Czy miała rację?  Oczywiście, że miała. Miłości nie należy się wstydzić,  pod warunkiem, że nie  jest  i nie była wiarołomną. Bo tym akurat nie ma się czym chwalić, choć potrafię zrozumieć, że  może się każdemu przydarzyć;  że człowiek dla miłości, romansu, etc. gotów jest poświecić wszystko, a nawet stracić  rozum. Jesteśmy gatunkiem kochliwym, dwulicowym, zakłamanym – a i draństwo nie jest nam wcale takie obce! Dzisiaj będzie o miłości skrojonej na miarę – poczciwej i wiernej.
LIRYKA (NIE) CUDZOŁOŻNA
SŁOWEM i RYMEM
Mów do mnie szeptem wiatru, 
by noc
nie usłyszała.                                                                                                                                                                                   
By księżyc nas do siebie zbliżył
tak jak miłość
by chciała.
Mów do mnie szeptem
wiatru,                                                                                                                                                                    
by serce zazdrosne nie było.
By życie nas codziennie                                                                                                                                                                        
marzeniami do gwiazd wznosiło.
Byśmy byli
dla siebie,                                                                                                                                                                                 
jak kochankowie
z Werony.
Gotowi na wierną
miłość,                                                                                                                                                                      
spełnianie pragnień
męża lub żony.                                               
Na radosne i dobre życie                                                                                                                                                                        
ręką samego Boga pobłogosławione,
wystawiane na próbę
przez złych ludzi,                                                                                                                                                       
wężowe  diabelskie pokusy,                                                                                                                                                           
zasadzką głupich myśli zrodzone…
Danuta Schmeling
Vide: fot. pixabay
 
Witam czwartkowym popołudniem. Tak sobie dzisiaj pomyślałam, że byłoby miło pobyć z Państwem parę chwil, więc jestem.  Nic nie nadaje większego sensu mojemu życiu, poza miłością i moją RODZINĄ oczywiście, jak pisanie! Lubię ten stan egzaltacji i romantyzmu… Szukania w sobie, również w życiu, które mnie inspiruje – czegoś, co mogłoby Państwa zainteresować… – a mnie pobudzić do literackiego działania. I choć pisanie zagajenia bywa czasem kłopotliwe, bo „od czego tu zacząć ? ” – z przyjemnością oddaje się wirtualnemu flirtowaniu z Państwem i jego epicko-lirycznej  kontynuacji…
Dzisiaj będzie naprawdę bez patetycznych przemyśleń i wymądrzania się, i filozofowania.  Oto i moje trzy wiersze: jeden powstały w przestrzeni 2016 roku i dwa kolejne utwory napisane w czasie dwóch ostatnich dni 2018 roku… Może się Państwu spodobają, a jak się nie spodobają, będę musiała następnym razem postarać się jeszcze bardziej. Do następnego (za)czytania – pozdrawiam.
Ps. Nowym subskrybentom dziękuję za polubienie strony: Ocal słowa… – jest nas 5.818 osób!
1.
„Montmartre”
Tutaj mogłabym żyć,
pisać swoje wiersze,
w restauracji czerwone wino pić.
Czego chcieć więcej…(?)
Chodzić Aleją Mgieł
od rana do wieczora.
Kochać,
bawić się życiem
podziwiać krajobrazy i szkice,
portrety
i dzieła ulicznych malarzy.
Tutaj mogłabym żyć,
bawić się codziennością,
o miłości śnić,
pięknego trwania doświadczać
i o niezwyczajnym –
paryskim życiu marzyć.
Paryż,  2016 r.
2.
Słowa ocalę wierszem i prozą,
(piórem lub klawiaturą) nim ugrzęznę
w mrocznym milczeniu.
Wyjdę naprzeciw czytelnika,
który od wieków
szuka w literaturze ochłody
w słów iluzorycznym cieniu.
Legnica, 2018 r.
3.
Jesteś jak jabłoń
korzeniami tradycji i miłości
przytwierdzony do podłoża ziemi,
żółtego piasku i obłego kamienia.
Wyrzeźbił Cię nie byle kto,
ale On, byś był doskonały.
Życiodajny deszcz
zmył z Ciebie rajski pył,
nie naruszając struktury piękna
rozświetlił zmysły,
zachęcił do życia dobrymi gestami,
mądrością filozofii słowa!
Jesteś drzewem poznania,
tajemnicą a nawet grzechem.
Legnica, 2018 r.
Vide: fot. priv.