Archive

Luty 2016

Browsing

Dzisiaj poezja przegadana… Usprawiedliwiona, czarno-biała, pulsująca uczuciami.

1.
Mamo!
Uwielbiałam w Tobie poczucie humoru
i dystans do świata.

Podziwiałam za wiarę w Pana Boga,
życia pokorę,
pracowitość i wielką szczodrość w kochaniu.

Za elegancję, piękne stroje
i wielką skromność,
która mnie od zawsze w Tobie pociągała –
taką Cię Mamo zapamiętałam
i jestem dumna,
że byłaś moją rodzicielką,
najważniejszą życia mego nauczycielką.

Najczulej będę jednak
wspominać Twoje dobre obiadki
oraz nasze wielogodzinne,
smutne i wesołe – pospolite pogawędki –
i intelektualne „gadki”,
także te przez telefon.

Tak, tak:
i nasze żarciki,
czułości i dobroci wiele,
których nikomu nigdy (po ludzku) nie skąpiłaś,
bo najlepszą na świecie Matką – Przyjaciółką byłaś,
za co Panu Bogu (od dnia Twojej śmierci) wdzięcznie dziękuję –
choć przyznam Mamo szczerze
oczy swe za Tobą wypłakuję,
ale obiecuję,
że będę na co dzień bardzo dzielna.
Stwórcy Najwyższemu posłuszna,
wierze naszej wierna!

Twój obraz w mojej głowie
i w sercu mam wyryty trwale,
widzę Cię niemal wszędzie Mamo – doskonale!
Na przykład jak do mnie mówisz,
i jak się uśmiechasz;
jak witasz (z radością) w drzwiach naszego domu
i jak z troską żegnasz.

Jak w końcu częstujesz miłością rodzicielską,
dobrymi gestami – słowami.
Jak pytasz mnie: Córeczko kochana,
jesteśmy od serca Przyjaciółkami?

I w rzeczy samej
przyjaźń nas na długie lata połączyła,
lecz z woli Pana niespodziewanie odeszłaś,
jak powiadają starsi – mądrzy ludzie –
na druga stronę przeszłaś.
Czego nie rozumiem.
Nie potrafię pojąć,
tak bardzo buntuje się przeciw temu,
by w słonych, jak mój smutek, łzach tonąć.

Dlatego wiele robię,
by nie oszaleć z bólu i rozpaczy.
Niech mi Bóg wybaczy!
By wytrwać bez Ciebie do chwili,
aż obie spotkamy się gdzieś w dalekim,
błękitnym niebie.
I wtedy przestanę istnieć dla świata,
żeby żyć dla Boga i Ciebie…
Tymczasem ciału Twemu mówię:
Żegnaj Mamo!
Odpoczywaj w spokoju!
Duszy zaś, co jest blisko Pana Boga:
Bądź szczęśliwa w rajskim domu!

18 stycznia 2014 r.

2.

Wiersze, które piszę, przestały się rymować.
Straciły smak i nieposzlakowaną opinię.
Z gęstwiny słów malują obraz kobiety,
która dała mi życie…

03 lutego 2014r.

DSC_0002

3.

Przeraża mnie Twoja nieobecność w domu,
ponieważ mój wewnętrzny spokój rujnuje.
Nawet nie wiesz najdroższa Mamo, jak mi Ciebie brakuje.
Jak tęsknię za Twoim spojrzeniem, uśmiechem i szczerym kochaniem.
Boże, jak mogłeś pozwolić na nasze rozstanie?

15 lutego 2014 r.

4.

Dopisek – 7 miesięcy po śmierci mojej Mamy tak napisałam:

W perspektywie przyszłości i wiecznego szczęścia każdy z nas ma wytyczoną przez Bożą Opatrzność swoją własną drogę do pokonania, by w rezultacie kiedyś znaleźć się po drugiej stronie świata, któremu na imię Niebo. Ja postanowiłam do niego dojść swoimi sposobami…Stąd tyle we mnie determinacji i zapału do pisania, które zawsze było tożsame z moją wrażliwą duszą i niezafałszowanymi uczuciami.
To ono – owo pisanie – przez lata kształtowało mój człowieczy charakter, czyniąc ze mnie wielbicielkę słowa, dzięki któremu mogę dzisiaj ocalić od zapomnienia swoją ukochaną mamę, której miłość i zasady moralne, a także społeczne zrobiły ze mnie prawdziwą z krwi i kości kobietę.
Jak tylko uporam się z czarną, bezduszną żałobą, koloryt moich wierszy zmieni się – pewnie? – samoistnie, bo i moje osierocone uczucia przeobrażą się bardziej we wspomnienia, niż łkający, bezduszny lament. Póki co wypisuję swój żal i smutek po mamie na kartce „komputerowego papieru”, do momentu aż uznam, że czas ciężkiej żałoby już się dla mnie skończył, i że mogę normalnie funkcjonować w swoim dawnym świecie od nowa, choć na pewno inaczej i zdecydowanie mądrzej. Ale oczywiście nie odżegnuję się wspomnień o mamie… Ona zawsze będzie przy mnie i paradoksalnie we mnie. Przecież patrzę na świat jej piwnymi oczami, gustuję w takich jak ona kulinariach, kocham te same kwiaty, przyprawy do potraw, polską wieś i łany zbóż, uwielbiam – jak ona – dowcipkować, modlić się na różańcu, i kochać świat, i ludzi…Żyć na pełnych obrotach!

15 maja 2014 r.

??????????

Patriotyzm bywa patetyczny, biało-czerwony, dystyngowany, bo i taki, według mnie, powinien być. Przez wieki wymagał od Polski i jej obywateli lojalności, odwagi, walki, a nawet poświecenia życia. Do tych obywateli należeli również żołnierze wyklęci, skazani na niepamięć, a znienawidzeni przez ludowe – komunistyczne władze…Cokolwiek by o nich nie mówić i nie pisać, winniśmy im wdzięczną pamięć, choćby przez ludzką przyzwoitość i poczucie narodowej przynależności.

ŻOŁNIERZOM WYKLĘTYM

– Mamo,
kim byli żołnierze wyklęci,
z kart historii Polski wyjęci –
zapomniani?
– Synu,
byli patriotami!
Białymi Polakami ze śladami
katowskich kul w głowie.

Takimi byli właśnie polscy –
cisi bohaterowie,
żołnierze niezłomni
w bezimiennych grobach pochowani
– na szczęście!–
z kwater leśnych po latach odgrzebani,
by dać świadectwo prawdzie…

27 lutego 2016 r.

???????????????????????????????

Autor zdjęcia: Dariusz Schmeling

Minęło zaledwie kilka dni od ujawnienia teczek „Bolka”, a mnie jest już niedobrze od tego całego szumu medialnego. Nie dlatego że jestem ignorantką, ale nie wierzę w sens uwiarygadniania czegokolwiek na siłę, ponieważ – jak widzę i słyszę – tylko nielicznym Polkom i Polakom zależy na prawdzie historycznej. A ponadto dochodzę do wniosku, że jako naród lubimy dwuznaczności, w których usytuowanie człowieka – „homo politicus” – plasuje się pośrodku wagi, gdzieś pomiędzy białym i czarnym, a to oznacza „zacienienie” jego rzeczywistego obrazu, jak również jego nietypowe „szemrane wybory” typu: mniejsze zło, etc. No cóż, widocznie mój kręgosłup moralny odbiega znacznie od współczesnego, w końcu jestem kobietą urodzoną i wychowaną w poprzedniej epoce tj. XX wieku, przyzwyczajoną do jednoznacznych wyborów i określeń. Gardzącą szarościami.
Cokolwiek by nie pisać o patowej sytuacji zaistniałej w ostatnim czasie w Polsce, wiele się przez nią nauczyłam.
Życzę wszystkim Państwu, czytającym mojego bloga, miłego weekendu, a Polsce szybkiego zakończenia afery z teczkami IPN w roli głównej.

„Starość…”

Nie jestem biała ani szara,
ani czarna, ani liberalna,
ani nowoczesna.

Jestem moherowa
i przewrotnie czerwona,
choć nieupolityczniona.
Niezależna!
Po prostu wolna…

Autor: Danuta Schmeling

Dzień dobry! Choć polityką specjalnie się nie interesuję, zmuszona jestem od czasu do czasu brać w niej pośredni udział, choćby przez medialne komunikaty. Oto poetycki komentarz do ostatnich „teczkowych” wydarzeń:

„Tajne przez poufne”

Pół prawdy,
to całe kłamstwo! –
rzekła teczka do teczki.

Lud woli „gorzką” prawdę,
od której nie ma ucieczki.

Więc zamiast
z rymem
i IPN wojować,
pozwólmy się zlustrować.

21 lutego 2016 r.

Ale żeby była jasność: wiersz jest jedynie aluzyjką do PRL-owskich czasów, ponieważ nie czuję się upoważnioną do oceniania kogokolwiek. Życzę Państwu miłej niedzieli.

Nowe czasy przysposobiły człowieka do nowych przyzwyczajeń: korzystania z Internetu, telefonii komórkowej i Bóg wie czego jeszcze. Nawet ja – „dama” poprzedniej epoki, epigonka nowoczesności, chętnie korzystam z dobrodziejstw tych medialnych „pułapek” I dobrze! Dzięki nim mogę się z Państwem komunikować. Pisać o tym, co czuję i wprowadzać czytelników mojego skromnego bloga w świat wydumanej poezji i prozy.
A dzisiaj będzie o kochaniu, a więc o czymś, czego ja sama uczę się nieustannie, oczywiście z różnym natężeniem i skutkiem…Jakim? Przeczytajcie Państwo sami.

1.
Kocham Cię, mówiąc:
– weź ciepłe rękawiczki,
– nie pal za dużo,
– uważaj na siebie!

DSC09054

2.
Gdybyś wątpił, zapamiętaj:
piszę nie dla zysku ani sławy.
Piszę,
bo chcę na własnym oddechu bawić się słowami.
Prowokować myśli, kochać życie…

DSC09029

3.
Dotykam Cię sercem,
nie rozumem…
Kocham myślą i wierszem.

Jezus_Chrystus_dgi61-v
fot./net – autor: Damian Gierlach

Macierzyństwo niby taki naturalny, a jednak niezwyczajny stan posiadania: miłości podzielonej pod sercem na dwa odrębne byty…Niezależne, choć zależne – naznaczone błogosławieństwem ludzi i nieba.
To Ono uskrzydla jestestwo kobiety, pozwalając sercu i duszy wzniecić w sobie niebywałą szlachetność, moc i niewiarygodną siłę kochania dziecka, a także swojego mężczyzny. Dlatego myśląc o swoich dzieciach i mężu, śpieszę się ich kochać, bo jutra może już dla mnie nie być…(?)
A dzisiaj przedstawię Państwu historię Anki – bohaterki książki: „Lustro – sekretne życie Anki Es”. Miłego czytania, a przy okazji kontemplowania swojego macierzyństwa i ojcostwa.

Anka, Marek i Filip – epizod 1.

Swoją pierwszą ciążę Anka znosiła naprawdę wspaniale. Nawet pięciomiesięczne, kobiece dolegliwości spowodowane porannymi nudnościami i wymiotami, nie były w stanie zniechęcić jej do macierzyństwa. Oczami wyobraźni widziała swojego małego synka, który jak na drożdżach rósł pod jej sercem. Od siódmego tygodnia ciąży nadała mu nawet imię Filip i nie chciała słyszeć, że mogłoby być inaczej.
Pamiętam dni, kiedy wymykała się z domu do pobliskiego kościoła i w pokorze na klęczkach prosiła Boga, by dał jej wymarzonego – jeszcze w czasach licealnych – Filipa. To przeświadczenie, że będzie mieć synka, tak głęboko tkwiło w jej kobiecej podświadomości, że każdy kto powątpiewał w narodzenie wymarzonego chłopca, natychmiast stawał się jej wrogiem.
Wiele razy przyłapywałam ją na tym, jak rozmawia z nim, głaszcząc się po brzuchu i zachodziłam w głowę, jak można tak bardzo chcieć być matką, tym bardziej że dwadzieścia lat jej młodego życia, to nie był wiek na przeżywanie tak mocnych i wyrafinowanych emocji związanych z dojrzałym macierzyństwem.
Ponadto nie wróżyłam Annie i jej mężowi Markowi szczęśliwego, rodzinnego życia. Byli tak bardzo różni od siebie i mieli tak przeciwstawne poglądy na życie oraz otaczający ich świat, że trudno mi było wtedy uwierzyć, że będą ze sobą tworzyć nierozerwalnie zgodny tandem. Widocznie nie potrafiłam być wprawną, znającą się na przyszłości wróżbitką, wyrokującą o cudzym życiu, ponieważ przeżyli ze sobą – jak do tej pory – prawie trzydzieści trzy czy cztery lata. Naturalnie, jak w życiu bywa, miewali lepsze lub gorsze chwile wspólnego pożycia, ale jednego nie można było im zarzucić – chcieli być razem!
Przyjście na świat ich syna Filipa pod koniec lat siedemdziesiątych poprzedniego wieku, sprawiło, że ta zahukana pracą w domu, młoda dama i jej mąż zaczęli z różnym skutkiem walczyć o swoją miłość i tworzyć podwaliny szczęścia zwanego rodzicielstwem. I chociaż wiele okoliczności wspólnego życia nie sprzyjało ich miłości – wciąż przy sobie byli, wspierając się mentalnie i materialnie. Czasem aż chciało się krzyczeć, by dali sobie z tym wszystkim spokój, ale oni uparcie brnęli w swoją „walizkową” egzystencję.
Właściwie poza drobnymi aferami z tytułu sposobu pojmowania przez Marka wolności osobistej oraz spędzania wolnego czasu niekoniecznie w jej i dziecka towarzystwie, nie było między nimi traumatycznych sytuacji, które wymagałyby ingerencji osób trzecich. Los w opozycji do poglądów różnych osób na ich temat, mimo wszystko im sprzyjał i pozwalał im kroczyć wyłącznie swoją własną drogą. Oczywiście wiele oboje zawdzięczają rodzicom Anki i krewnym Marka, którzy rozumieli znaczenie określenia: „docieranie się”, bo ich pomoc i wsparcie pozwalało im na porozumienie się między sobą i czczenie swojej nietypowej, szalonej – nieokiełznanej przez żadne rytuały i normy – miłości.
Marek, zodiakalny skorpion – mężczyzna o raczej silnej osobowości, przekornym, by nie rzec: upartym i trudnym charakterze, nieco zwariowanym i wybuchowym jak zapalnik usposobieniu, zapatrzony w swoją męską nieomylność oraz zawodowy, wręcz wojskowy profesjonalizm, z potrzebą dominacji nad nią, i ona, zodiakalny rak – romantyczna, nieco wycofana, ale w żadnym wypadku nie zakompleksiona dziewczyna, zapatrzona w swojego mężczyznę, byli tak skrajnie do siebie niepodobni, że aż szkoda mi było jej niezwykle wrażliwej duszy dla takiego mężczyzny jak Marek – indywidualisty i zapatrzonego w siebie narcyza. Ale to, co wydawało się mnie i innym takie oczywiste, Ance w żadnym wypadku nie przeszkadzało – była nim po prostu oczarowana.
Zawsze wyrażała się o swoim wieloletnim małżeństwie poprawnie, a swoje – powiedzmy szczerze – problemy rodzinno-osobiste obracała w żart, puentując słowami: A kto powiedział, że musimy mieć wszystko podane na talerzu? Miłości i bycia partnerem należy się uczyć przez całe życie, bo tylko w życiu i poprzez życie, możemy weryfikować nasze małżeńsko-rodzicielskie umiejętności. Nikt nie rodzi się mężem, partnerem, kochankiem, ojcem. Rodzimy się tylko albo aż kobietą lub mężczyzną, a to w żadnym wypadku nie wystarcza by być doskonałym…
Jej przekora oraz infantylność myślenia cholernie mnie dobijała, szczególnie wtedy, jak będąc blisko niej, odkrywałam w jej dużych, piwnych oczach samotność, której nie potrafiła ukryć za plecami macierzyństwa. Ale czy naprawdę czuła się samotną? W każdym calu jej prywatnego życia było widać sens i umiejętność znoszenia życiowych zawirowań czy niedoskonałości. Miała syna, którego kochała ponad miarę swoich ludzkich możliwości
i wiedziała, że nie jest sama. Życie z Markiem też nie wydawało jej się niedorzecznością, bo w gruncie rzeczy to nie był zły facet. I chociaż świat podejrzewał ją o brak szczęścia, była na przekór tym ludzkim, nieżyczliwym i złośliwym pomówieniom, i podejrzeniom – szczęśliwa. Kochała swoje niebanalne życie i swojego Marka. Miała w sobie tyle mądrości i tolerancji dla siebie i dla niego, że trudno było tego na co dzień nie zauważyć.
Nigdy nie użalała się – jak inne kobiety! – nad tym, że jest „kurą domową”, że opiekuje się synkiem i swoją wyjątkową rodziną. Widziała w tym swoje kobiece posłannictwo i nie czuła się od pracujących zawodowo kobiet ani gorsza, ani mniej ambitna. Może dlatego, że nie była wobec życia i ludzi zbyt wymagająca? Jej stosunek do ludzi, zdarzeń i samej siebie zamykał się w stwierdzeniu: „Być przed mieć!” i nigdy nie traktowała domowych obowiązków jak przysłowiowej kuli u nogi.
Zaszczytem dla niej było opiekowanie się swoją rodziną, jej zawdzięczała więcej niż sobie samej. Nawet dojrzewanie do roli matki i jej kolejne etapy macierzyństwa widziała w obcowaniu na co dzień z wesołą gromadką swoich dzieci, dla których wraz Markiem znosiła różne uciążliwości ich wspólnego losu. Ponoć nie ma większej miłości nad tę, która jest dana człowiekowi przez samego Boga wraz „inwentarzem” małżeńskiego życia. Jeśli ktoś tego nie rozumie, a trudy codziennego znoju traktuje jako ciężar, nie powinien decydować się na szukanie swojej drugiej połówki i tworzyć rodziny. Egoizm nie służy miłości i ludziom, gdyż niszczy niewinność – wolność, której na imię On i Ona. Chciałabym mieć tyle szczęścia co Anka i cieszyć się szacunkiem i miłością wielu ludzi, których tak jak ona uznawałabym za swoich niezawodnych znajomych i przyjaciół, cokolwiek w dzisiejszych czasach słowo znajomy lub przyjaciel znaczy.

Autor: Danuta Schmeling

Jakże często szydzi z nas życie? Obdarowuje dobrem, a potem wszystko odbiera. Zgniata w nas nadzieję na lepsze dni, by za jakiś czas znów pozwolić sobie wzlecieć w niebo i dać upust ludzkim pragnieniom lub marzeniom. Nazbyt często, by tego nie zauważyć, dotkliwie nie odczuć. Nieraz mam wrażenie, przyglądając się światu, że wszystko to Koheleta: „marność nad marnościami”, ukierunkowana na grób i unicestwienie. I wtedy zapadam się w sobie, i chce mi się płakać. A wszystko dlatego, że pytania i próba zrozumienia SENSU, bo o nim mowa, nie przynosi zamierzonego skutku ani mądrej odpowiedzi. Chwała Bogu, że nie trwa to we mnie dniami i nocami, i że rozsądek nakazuje sercu przestać filozofować, co też z przyjemnością dla siebie i Państwa czynię, choć wątpliwości i niepewność losu zakuwa – co jakiś czas – moje serce ostrą szpilą.

DSC_1395

1.
Znikam.
Powoli oddalam się od Was.
Od Waszej rodzicielskiej miłości,
od naszego wspólnego domu,
od swojego dzieciństwa,
od wczesnej młodości,
od znajomych i przyjaciół,
od pisania wierszy,
od wielu wspólnych spraw
oraz zapachu chińskich goździków w ogródku.

Robię to dyskretnie
i jak wyspa Wight
odsuwająca się od brzegów Wielkiej Brytanii
wiatrem i deszczem podszyta,
smagana żalem i rozpaczą
kawałek po kawałku,
cal po calu
przez dorosłość tracę przeszłość
i spory kawałek świata, i siebie.

20 maja 1977 r.

2.
Znikamy z tego świata jak marzenia.
Niczego nie pojmując,
dryfujemy w ciemnych przestworzach pomiędzy gwiazdami.
Unosząc się na skrzydłach Czasu – przemijamy!

26 czerwca 1978 r.

Od kiedy pamiętam, moje spojrzenie na starszych – wiekowych ludzi – napawało i napawa mnie radością. Zawsze wtedy myślę: Boże, jak wspaniale byłoby dożyć jesieni życia. Mieć w sobie tyle mądrości, co Oni i móc się nią dzielić z innymi: wnukami, znajomymi czy krewnymi. Ale współczesny świat jest bezduszny i okrutny. Maniakalnie mówi o pięknie i wiecznej młodości, jakby starość była w sferze fantasy. A przecież to mało istotne szczegóły życia. Prawdziwe piękno tkwi w nas i nie jest ważne, kim się jest, i kim są – byli nasi rodzice lub jaki był – jest nasz status społeczny. Miłość i bliskość są na Ziemi najważniejsze.
Paradoksalnie tylko niektórzy (starsi) ludzie, mają szczęście być i czuć się kochanymi. Znacząca jednak większość to ludzie samotni, opuszczeni. Śmierć współmałżonka, krewnych, przyjaciół uczyniła z Nich outsiderów żyjących w cieniu bliźnich i życia. Jak na to z boku patrzę, chce mi się głośno krzyczeć, że na taki los i scenariusz ludzkiej egzystencji się nie godzę. Nikt bowiem nie zasłużył sobie na to, być oderwanym od tętniącego radością życia – nawet jak ciało mocno boli, a dusza jest poraniona i doświadczona pustelniczą samotnością. Na Boga! Przecież nie żyjemy tylko po to, żeby umrzeć.
Stąd ten – ważny dla mnie – wiersz zachęcający ludzi starszych do miłości, do marzeń, które mogą być również dla Nich na wyciągniecie ręki, a które sprawiłyby, że kochaliby i przeżywaliby swoje dojrzałe życie we dwoje.

DSC_0670

***
Przyjacielu,
Nie bądź samotnym.
Pozwalaj sobie na intymność słów.
Kocham! – do niej mów i nie myśl,
że to w twoim wieku bezwstydne –
zakazane… Konsumuj życie!

I tak świat Cię za tę zuchwałą miłość –
zwyczajowo – potępi,
a inkwizycja wyda resortowy wyrok,
paląc Twoje grzeszne żądze –
frywolne myśli – na stosie.

A potem?

A potem,
jak odpuścisz,
Twoje usta znów osiągną jak dawnej –
bezsłowną – pustelniczą doskonałość
dla polepszenia wizerunku…

01 lutego 2016 r.

DSC_0669