Archive

Sierpień 2016

Browsing

DSCN6044

Macierzyństwo. Czym jest dla normalnej kobiety? Szczęściem, jakiego nie da się opisać. Tak myślę i jest mi z tym przekonaniem cholernie dobrze. Jako matka, odniosłam sukces – mam troje dzieci, przy wychowaniu których, uczyłam się swojego macierzyństwa: miłości, opieki nad nimi, poświecenia, oddania na każde niemal zawołanie – po prostu
człowieczeństwa przez wielkie „CZ”. To ono trwale ukształtowało moje usposobienie i mój charakter, bo dzięki niemu i moim dzieciom, stałam się bardziej empatyczna, wyrozumiała, ale i konsekwentna, i wymagająca, by nadać ich wychowaniu ramy przyzwoitości i moralności. Teraz, gdy są już dorosłe i mają swoje dzieci, dumna jestem, że radzą sobie ze swoimi rodzicielskimi obowiązkami i szczerze kochają swoje dzieci a moje wnuki. Że są dobrymi ludźmi, choć czasem potykają się i pod naporem ciężarów życia upadają. Jestem im wdzięczna za każdą przeżytą z nimi chwilę, nawet tę – pełną obaw, leków i matczynej zgryzoty.

1.

Poza zasięgiem wzroku jest czyjeś życie,
a moje uwikłało się dobrowolnie w miłość i macierzyństwo.
Lubię je, bo jest blisko – najmilszych ludzi blisko!

2.
Jesteście moim oddechem
i radością: krokusową wiosną,
gorącym latem, purpurową jesienią
i kryształową zimą. Duszy ciepłą pierzyną…

3.
Namalowało nas życie!
Dookreśliło priorytety:
obdarowało wszelaką dobrocią,
radością, miłością – dziećmi.
Nauczyło cieszyć się każdą wspólnie spędzoną chwilą.

4.

Miłość dziecka jest tętnem życia,
radością wyczekiwania na jego mądrą
i szczęśliwą dorosłość;
echem bicia serca, miłowania – kochania.

Myślą – biegiem myśli, wierszem – wierszowaniem,
radosnym uśmiechem małego człowieczka –
niezwyczajnym trwaniem.

1980 r.

Dawno temu, kiedy marzeniami sięgałam nieba, zostałam nauczycielką. Spełnienie tego marzenia wymagało ode mnie prawdziwej samodyscypliny i determinacji. Na szczęście dobry los sprawił, że nią zostałam i przez długie lata mogłam z pasją oddawać się profesji, którą szczerze kochałam, tak jak szanowałam i kochałam swoich uczniów…
Oto moje pamiętnikowe wspomnienia, spisane tuż przed wymuszoną przez zdrowie wcześniejszą emeryturą:

W zwierciadle

Żeby móc w polskiej szkole do emerytury z godnością wytrzymać, trzeba w niej pracować na stuprocentowych obrotach, bo tylko taki intensywny styl pracy pozwala polskiemu nauczycielowi zhardzieć i zapomnieć o swoich codziennych wzlotach, i dotkliwych porażkach, które przychodzą wraz z wiekiem, bo cierpliwość nie taka, kondycja fizyczna nie taka, mentalność uczniaków nie taka… Czuję to na sobie tak dotkliwie, że coraz częściej myślę o zmianie zawodu, który był, jest i pewnie do końca moich dni będzie fascynujący… Ale czy potrafię żyć bez szkoły?
Kiedy zadaję sobie to arcytrudne, egzystencjalne pytanie, szlag mnie trafia, że nie potrafię! Jestem uzależniona od szkoły, jak narkoman od marihuany, ale to uzależnienie nie jest destrukcyjne, gdyż ciągle budzi we mnie ogromny podziw i szacunek do uprawianego przez siebie zawodu. Widocznie jestem niepoprawną marzycielką, gloryfikującą profesję, której na imię nauczycielstwo.
Wiele lat temu w bardzo wczesnej młodości czytałam fascynującą książkę niejakiego Piotra Wierzbickiego: „Entuzjasta w szkole”, która porwała moje jeszcze wtedy bardzo ufne serce do niewyobrażalnych granic szkolnej rzeczywistości. Pokazała mi, jak naprawdę jest w szkole, jakim nie powinno się być nauczycielem i czego w szkole należy się kategorycznie i bezwzględnie wystrzegać, żeby jak najdłużej wytrwać w tym intrygującym zawodzie.
Jak mam dołki i wątpliwości, zawsze wracam do tej książkowej pozycji, by spojrzeć na siebie i szkołę obiektywniej i mądrzej. Powołuję się wtedy na najmądrzejsze twierdzenie, jakie kiedykolwiek w życiu o nauczycielach przeczytałam:
„ (…) Nauczyciel nie powinien być słabym człowiekiem: powinien być człowiekiem mocnym, nie ustąpić, ukarać, nie zmięknąć, jeżeli jego reakcje są krzykliwe, ale jednocześnie dobroduszne, dobrotliwe, jeżeli najpierw grozi, a potem groźby nie wykonuje, to przegra” [sic!] i nigdy, ale to przenigdy, nie odzyska autorytetu. Mało tego, ten sam pan Piotr Wierzbicki dość odważnie przyznał: „(…) Nauczyciel, który pracuje z uczniem trudnym, rzadko kiedy z nim wygrywa i wygra” [sic!], co po latach mogę nieco zweryfikować i zdecydowanie temu zaprzeczyć. A jeśli to pan Piotr – nie ja – ma rację? Wtedy należałoby zadać kolejne pytanie: Dlaczego tak się dzieje?
Bez zastanowienia i pogłębionej estymacji szybko odpowiem…Otóż niedostosowany społecznie uczeń, otrzymując w darze życia wiele zła od swoich najbliższych krewnych lub przypadkowych ludzi, będzie próbował to zło oddawać z nawiązką na lekcji bezbronnemu nauczycielowi, jako że jest to jedyny, przetestowany przez niego sposób, żeby móc na siebie zwrócić czyjąś uwagę, a przy tym skutecznie nauczyciela – czyli swojego naturalnego wroga – zdeptać i pogrążyć w nauczycielskiej niemocy, obciążając jego sumienie częściowym, społecznym odrzuceniem i udowodnionymi przez prawo winami, a także grzechami swojej dysfunkcyjnej rodziny.
Na szczęście w mojej resocjalizacyjnej placówce nasi uczniowie, nie czynią z nas worków treningowych: lubią nas po swojemu i chyba jednak odrobinę, jak nie więcej, tolerują, a nawet szanują.

Autor: Danuta Schmeling

DSCN5730

„Nie umiem ludziom przebaczać win,
jestem w tej pozie dziwnie nieugiętą.
Boję się, że przez tę ułomność charakteru,
przegram swoje życie i nie będę świętą!”

[Lubliniec, 11 listopada 1979 r.]

***

Tak pisałam prawie trzydzieści siedem lat temu. Oczywiście z dużą dozą humoru i dystansu do siebie, ludzi oraz pięknego świata. Czy coś w tej materii po latach się zmieniło? A owszem – wydoroślałam i zmądrzałam, i idąc we właściwym kierunku, wybaczam! Ale nie było wcale tak łatwo, bo człowiek to taka dziwna istota. Niby się stara być empatyczny emocjonalnie, roztropny i miłosierny wobec bliźnich, ale gdzieś na dysku pamięci magazynuje przykre doświadczenia, które czasem uaktywniają się z prędkością światła i znów zmierza w ślepy zaułek życia.
Na szczęście panuję i nad tym. A Państwo też tak mają?

P O E Z J A

1.

Poeta to człowiek,
który transponuje słowa ułudy na słowa prawdy.
Dla którego wartość życia odbija się o krawędź przeżywania.
Jest kim kto uczy miłości i sztuki jej przeżywania…

3.

Partnerstwo nie polega na przytakiwaniu,
nie zwiera tajnych układów,
nie poddaje się manierze upokarzania.

Uczy kochania i rozumienia,
wspólnego życia i pokory, i trwania.

Partnerstwo umie wyzbywać się apatii,
podejrzeń, nieufności.
Potrafi łączyć ludzi, tworząc kody miłości!

4.
Czekam na miłość,
co by mi oczy na marzenia otworzyła.
Czekam na miłość,
co by mi duszę ukoiła i odrobinkę szczęścia dała.
Tego bym, Panie Boże, chciała,
ale czy mogę pragnąć i od życia żądać?

DSCN5950

Uświadomiłam sobie niedawno, jak bardzo cenię w ludziach skromność. Zwyczajność, choćby miała znamiona niezwyczajności. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Nie lubię w homo sapiens wyniosłości, bowiem ta z pozoru banalna cecha unicestwia w nas szczerość i prostotę. Dwie spośród wielu szlachetnych cech ludzkiego charakteru, które czynią z człowieka kogoś wyjątkowego! Bo jako ludzie – urodzeni dla świata i nieba – jesteśmy w swym CZŁOWIECZEŃSTWIE wyjątkowi, nawet jeśli odczuwamy na swoich plecach ciężar własnych upadków, nieprawych zachowań: podłości, zawiści, szyderstwa, zdrady i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Na szczęście amplituda tych skrajności bywa zmienną i po wielu trudach przeważnie wychodzimy na prostą.
Przyznam się bez bicia, że mnie samej nie raz, nie dwa zdarzało się mieć takie czy owakie problemy, nigdy jednak nie dotyczyło to zarozumialstwa i wywyższania się, cokolwiek bym w życiu nie robiła. Mam jednak świadomość naszej zmienności i inności, więc akceptuję wokół siebie skromnych ludzi i tych z wyśrubowanym w górę „ego”… Uznając, temat zagajenia za wyczerpany, zapraszam Państwa do świata epiki, by mogli Państwo okiełznać słowem i myślą perypetie bohaterów mojej szufladowej powieści: „Złodziejka czasu”. Miłego czytania.

NA CHYBIŁ TRAFIŁ

W domu Szumowskich słychać było głośne odgłosy muzyki. To angielska piosenkarka Adele śpiewała w radiu piosenkę: „Make you feel my love”. Zajęty sprzątaniem January, z ssawką odkurzacza w ręku, przemierzał niewielkie odległości pomiędzy kuchnią, łazienką i dwoma pokojami. Lubił sprzątać, chociaż tajemnicą poliszynela było, że robił to naprawdę bardzo rzadko. Zbliżała się pora powrotu Walerii z pracy, dlatego pragnął zaimponować jej schludnym wyglądem mieszkania i smaczną obiadokolacją. Miał tyle do nadrobienia, że nie wiedział od czego zacząć. Postanowił więc zaimponować jej czystością w domu i kulinariami. Miał nosa, bo Waleria uwielbiała czystość, tak jak uwielbiała dobrze przygotowane posiłki. Może zapomni wreszcie o jego wyjeździe do Zakopanego, bo on o jej wyjeździe do Paryża, już dawno zapomniał.
– Ej, co to za porządki? – spytała Waleria, wchodząc do domu. – Robisz za majordomusa?
– Naoglądałeś się filmów, czy może dzisiaj postanowiłeś zawlec mnie do łóżka? – żartowała, by zniwelować pomiędzy nimi napięcie utrzymujące się od kilkunastu tygodni.
– Nikogo nie zamierzam zawlec do łóżka siłą, sama ulegniesz mojemu czarowi i oddasz mi się bez żadnych oporów!
– A więc dlaczego to zrobiłeś? – rzekła, stojąc w progu pokoju.
– Bo cię kocham, ale ty jesteś ciągle zajęta pisaniem swojej książki – leniwie odpowiedział. Niepohamowana złość nazbyt często czyniąca z Januarego łobuza i awanturnika, tym razem nie wypłynęła na wierzch, jedynie bezwiednie opadła na dno jego duszy. Waleria była w szoku, że facet którego tak bardzo nienawidziła za jego upór, wyniosłość i podły charakter, potrafił być dżentelmenem. Nietrudno można się było domyśleć końca dzisiejszych wydarzeń: ciepła obiadokolacja, dobre portugalskie lub francuskie wino i odprężający seks mogłyby położyć kres ich ciągłej wojnie przybierającej formy krwawych potyczek i wielkich bitew.
– Nooo, mój drogi, pisanie przeze mnie książki mogłoby mi się nigdy nie przydarzyć, gdybyś nie skazał mnie na okrutną samotność, której oznaki utrwaliły się w naszym wspólnym życiu po mojej i oczywiście twojej stronie.
Od lat zaniedbywałeś mnie towarzysko, dlatego żeby nie zwariować, zaczęłam pisać, ale ty tego nigdy nie zrozumiesz…
– Mnie też nie było łatwo – rzekł. – Ja też się w tym wszystkim pogubiłem i czułem się osaczony przez rzeczywistość, która nas wtedy otaczała – szepnął, gasząc jednocześnie papierosa. W jego głosie nie było złości ani bezdusznego oskarżania Walerii.
– A ja myślałam, że przestałeś mnie kochać – mówiła bez przekonania. Doskonale wiedziała, że z tym pisaniem nie było do końca tak, jak mu mówiła. Aby przerwać kawalkadę czynionych sobie obopólnie wymówek January wziął pod rękę swoją kobietę i powiedział:
– Przestańmy czynić sobie w nieskończoność zarzuty i przejdźmy do pokoju, żeby posmakować tego, co na dzisiejsze popołudnie do zjedzenia z taki poświęceniem i trudem przygotowałem.
Waleria patrzyła na niego z życzliwością, ale i także pożałowania godnym współczuciem. Było jej go żal, dlatego nie oponowała przeciwko propozycji, jaką jej przed chwilą złożył. Bez słowa podniosła się z krzesła i udała za mężem w stronę pokoju i nakrytego po brzegi stołu. Podchodząc do niego dostrzegła, że na srebrnej tacy, obok głównego dania i przystawek, leży złoty medalion w kształcie serca z wygrawerowaną inskrypcją: Mojej jedynej miłości – January. Zaskoczona tym co zobaczyła, usiadła bez słowa na wskazanym przez Januarego miejscu i nalała sobie do kieliszka odrobinę wytrawnego wina. Mąż, widząc jak jest podekscytowana, zachęcił ją do konsumpcji, wcześniej jednak wręczył jej medalion z sercem… Ona, ulegając czarowi tej wyjątkowej chwili, pozwoliła sobie nałożyć na swoją smukłą szyję złoty wisiorek i złożywszy soczysty pocałunek na policzku Januarego, powiedziała:
– Dziękuję za wszystko. Ale nie wiem, czym sobie zasłużyłam? January udając, że nie słyszy pytania, z kurtuazją, ale i przekorą jej odpowiedział:
– Nieważne czy zasłużyłaś. Ważne, że ze mną jesteś i to mi w zupełności wystarczy! Atmosfera zrobiła się wyjątkowo przyjemna. Zapach głównego dania – kaczki zapiekanej z jabłkami i prowansalskimi ziołami – rozchodził się po całym mieszkaniu, pieszcząc wonią upieczonego mięsa zmysły i podniebienie degustujących.
Oddając się przyjemności posiłkowania, po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuli się oboje ze sobą naprawdę szczęśliwi. Nawet światło wylewające się na pokój sprawiało wrażenie omotanego czułością kochanków. Po kolacji Waleria i January udali się do pokoju, by skonsumować miłość i wbrew wszelkiej logice życia stali się jak dawniej jednym grzesznym ciałem i jedną duszą.

Autor: Danuta Schmeling

Droga bywa różna: prosta, kręta, wyboista, polna i można by tak bez końca, bez ustanku. Drogą może być nasz los, nasza historia – ślad minionych epok – i korowód starszych lub młodszych generacji (ludzi) w drodze do wieczności. Nic dodać, nic ująć! Parę prostych słów, uświadomionych po wizycie papieża Franciszka. Wiersz, który Państwu dziś proponuję do przeczytania, jest owocem moich przemyśleń o istocie drogi i tego wszystkiego, co może się wydarzyć w drodze. Ale bez obaw, nie zamierzam nikogo nawracać! – po prostu tak sobie po poetycku filozofuję, by pozwolić ulżyć swojej duszy, swoim emocjom nagromadzonych od wielu dni, a może tygodni… (?)

1.

Droga otwiera horyzonty życia.
Pozwala spotkać Boga,
rodaka,
obcokrajowca,
uchodźcę, imigranta –
Pielgrzyma.

Droga otwiera horyzonty wiary.
Miłosierne serce Syna Bożego
i grzesznego człowieka.

2.

Żyję tak,
by zostawić ślad swojej historii
na dysku pamięci i na nagrobnym kamieniu.

Dlatego cierpliwie – niecierpliwie piszę.
Egzystuję miłosiernie!

30 lipca 2016 r.