Archive

Grudzień 2016

Browsing

„ Stare odchodzi, nowe przychodzi…”
Niech to motto będzie dla Państwa pełnym nadziei i optymizmu zwrotem, symbolizującym Nowy 2017 Rok. A sylwestrowy wieczór czasem pysznej zabawy w gronie najlepszych przyjaciół!
Zdrowia, szczęścia, miłości i wszelkiego dobra życzę Czytelnikom bloga Ocal słowa… i Tym, którzy wpadają tu przez przypadek, dla uatrakcyjnienie sobie dnia, czy z innych – mniej górnolotnych – pobudek! WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU, Szanowni Państwo!

15698002_1350819984981813_639793352845492476_n

P O E Z J A

1.
„Jesienne drzewa”

Niespokojne drzewa z mrącym licem
wystają po parkach i chojnowskich ulicach.
Jak doryckie kolumny rozświetlone blaskiem podziwu słońca
i księżyca trwają.

Odbijają się o ich nagie kształty przechodnie:
zakochani, starcy i dwukolorowy kot – darmozjad.

Drzewa chłodnym oddechem jesieni
dotleniają siebie
i życie,
siecią poranno-wieczornych mgieł
przysłaniają ludzkie troski
i małe szczęścia.
Kocie tęsknoty – nieswoje dramaty.
Nieobecne dotykiem stoją na peryferiach losu.

2.
„ (…) wspólnym krokiem…”

idziemy wspólnym krokiem w jedną stronę
która nie jest dla nas jeszcze
żadnym zielonym rajem
a ja się pytam Boga jak długo jeszcze
będziemy mierzyć czas naręcznym zegarem
ale on milczy

kubek parzonej kawy przed nami
znaczy kolejny dzień promiennej radości
a my wpatrzeni w siebie
szukamy na przebytych razem szlakach
minionej – szczenięcej – miłości
szczęścia w nowej odsłonie zmysłowości
skaczącego wzwyż

3.

Miniatura:

Ona opowiedziała mu swój świat
szeptem epitetów złożonych nazwała miłość
beztroską wersów wypowiedziała słowo kocham
atomem wiatru w jego życiu zaistniała pełnią niefrasobliwej formy.

P R O Z A

Ranek wydawał się być zwyczajnym. Te same czynności, tudzież obrzędy wokół codziennej toalety, ubierania się i jedzenia wczesnego śniadania zupełnie oderwały mnie i męża od innych, mniej ważnych na tę chwilę, okoliczności życia. W szkole – jak w każdym innym, poprzednim dniu – starałam się wyjść naprzeciw potrzebom moich uczniów. Byłam w dobrym nastroju, chociaż dyżur, jaki pełniłam na korytarzu, strasznie się jakoś przeciągał i dłużył.
Na szczęście koleżanka zmieniająca mnie na pięć minut przed dzwonkiem, w porę dostrzegła moje, niekoniecznie „radosne” przygnębienie. Schodząc niecierpliwie z nauczycielskiego dyżuru, poczułam się wreszcie wolną.
Przerwa się jednak szybko skończyła, a ja po zachłyśnięciu się łykiem świeżo zaparzonej kawy, udałam się w sobie tylko dobrze znanym kierunku. Lekcje tego dnia ciągnęły się jak flaki z olejem, w rytmie wyznaczanym przez kolejne dzwonki. Byłam zmęczona. Nawet uśmiech jednego z moich uczniów, który od jakiegoś czasu ani na krok mnie nie odstępował, wydał mi się nijaki i bardzo zwyczajny. Nie miałam tego dnia ochoty ani na żarty, ani na rozmowę.
Po piątej lekcji wracałam do pokoju nauczycielskiego znużona, a w ślad za mną moje „babcine” przeznaczenie.
Nim zdążyłam wejść do środka i zamknąć ze sobą drzwi, kolega siedzący najbliżej aparatu telefonicznego poprosił mnie o pilną rozmowę z moim mężem, który od paru dobrych chwil próbował się ze mną skutecznie skontaktować.
Pomyślałam: Co takiego ważnego się w domu stało, że Jarek tak natrętnie nastaje na tę rozmowę? – i podeszłam do telefonu. W słuchawce telefonicznej zdecydowany głos męża zaintonował: „Moje gratulacje babciu!” – a ja nie rozumiejąc, o co mu naprawdę w tym wszystkim chodzi, z niecierpliwością odpowiedziałam: Błagam Jarku, nie żartuj sobie ze mnie i pozwól mi, chociaż raz – na Boga, spokojnie popracować! Po dwóch, może trzech minutach rozmowy
dotarło wreszcie do mnie, że dzisiejszego, szczęśliwego dnia (***) dwa tysiące dziesiątego roku, z woli Pana Boga i naszych dzieci – świeżo upieczonych rodziców, o godzinie dwunastej dziesięć po południu, przyszła na świat moja, a właściwie nasza wspólna, najukochańsza, najcudowniejsza i tak bardzo długo przez wszystkich wyczekiwana wnuczka Maja.
Ta oczywiście niespodziewana wiadomość, której treść pobrzmiewająca w słuchawce telefonu i w moich uszach tak mile mnie przy pracy zaskoczyła, brzmiała, jak śpiew anioła – byłam nią olśniona i oczarowana, a łzy radości spływały mi po policzkach. W myślach dziękowałam Bogu, że pozwolił mnie i Jarkowi, doczekać tej wyjątkowej chwili i zaszczytu.
Parę godzin później stanęłam na progu mojego domu. W przedpokoju osaczającym mnie z obu stron, przywitał mnie rozradowany Jarek, który z należną sobie starannością odbierał ode mnie: czapkę, szalik i kurtkę. Strzepując z mojego ubrania białe płatki lodowatych kryształów, w skupieniu i z uśmiechem na twarzy przewieszał szal i moje wierzchnie odzienie na wieszaku w zacienionej, ponurej garderobie, by szybko, energicznie i zdecydowanie udać się w stronę jadalnio-kuchni.
W chwilę potem, z udawanym roztargnieniem, nakrywał do stołu. Był szczęśliwy. W jego dojrzałym, męskim, zdecydowanym na wszystko spojrzeniu duma ze Zbyszka i Maryli dorównywała dumie z zostania dziadkiem. Już dawno nie widziałam go takim szczęśliwym. Kiedy zasiedliśmy wspólnie do sytego obiadu, każdy wiedział, że kolejnym etapem naszego radosnego i jakże szczęśliwego dnia, będzie wyprawa do – parę godzin wcześniej – do Majki oraz jej pięknej, niezwykle dzielnej mamy.
Mając na uwadze to niewiarygodnie ważne spotkanie z niepodważalnie pięknym życiem naszej ukochanej wnuczki, szybciutko uwinęliśmy się ze zjedzeniem posiłku i jak jeden mąż wyruszyliśmy samochodem do odległego
o piętnaście minut drogi sklepu, by kupić dzieciątku i jej mamie jakiś prezent. Kilkanaście minut potem znaleźliśmy się w szatni szpitala. I chociaż nasz pierworodny syn, czuwający przy Maryli i Majce, nie za bardzo chciał, żebyśmy tego dnia spotkali się z wymęczoną porodem Marylą i ich cudownym dzieciątkiem, zaryzykowaliśmy jednak to spotkanie. Idąc w stronę wskazanego przez pielęgniarkę pokoju, czułam wzmagające się we mnie zdenerwowanie i wzruszenie. Serce biło mi jak oszalałe, tylko mąż z córką zachowywali się spokojnie i dostojnie. Weszliśmy do pokoju. Nasz wzrok przyciągnęła drobniutka postać leżąca przy lewym boku swojej pięknej mamy.
To była ona – nasza Majka. Zmęczona po trudach porodu, objęta miłością swego taty i mamy – bezpieczna, spokojna
i szczęśliwa – śniła o aniołkach i niebie, które parę godzin wcześniej dla spotkania z nami opuściła. Któż by pomyślał, że ten cudowny, wydawałoby się szary, styczniowy dzień na zawsze wpisze się w pamięć naszej skromnej rodziny. Wierzę, jako matka i babcia, że jej wyjątkowe przyjście na świat, pozwoli nam wszystkim na codzienne manifestowanie swojej miłości i przywiązania do siebie samych, a także do Majki oraz że dzięki naszej miłości ona sama będzie czuć się kochaną i bardzo, bardzo szczęśliwą. W życiu każdego, bowiem człowieka, miłość jest esencją sensu. Sensu powoływania do życia, dojrzewania poprzez życie i odwoływania człowieka do innego życia, nazywanego majestatycznie przez wszystkich przemądrzałych teologów – wiecznością.

 

Vide: Ballada o Majce, Danuta Schmeling
* Imiona bohaterów zostały zmienione, poza imieniem wnuczki – Mai.
fot. priv.

15403062_10208591960260829_253120451_n

Święta Bożego Narodzenia od zawsze wprawiają mnie w zadumę i wzmacniają we mnie nadzieję, że wszystko czego doświadczam i co przeżywam, jest uzasadnione i mądre – niezbędne…
Dzień dobry!
Szanowni Państwo, dzisiaj nie będę z Państwem zbyt długo, bo przygotowania do świąt wymagają ode mnie dyspozycji i zwiększonej ilości czasu poświęconego moim bliskim i domowi. Dlatego by nie przedłużać wstępu, życzę KAŻDEMU z osobna: zdrowych, radosnych świąt Bożego Narodzenia, odkrytego w sobie Boga, miłości, nadziei na lepsze, samych cudowności. Sercem jestem z Państwem i wirtualnie dzielę się z Wami opłatkiem miłości – pozdrawiam.

„Dla moich Czytelników”

Na stole,
na sianku
i białym obrusie,
opłatek święty się bieli,
niebo iskrzy się gwiazdami,
wokół stołu
śpiewają kolędy domownicy
i anieli:
Bóg się rodzi!
Miłość zwycięża,
bez rozlewu krwi – śmierci oręża.

20 grudnia 2016 r.

15541617_1342949905768821_6493557402635539735_n

fot. priv.

15493897_10208591960180827_1341516112_n

Dzisiejszy wpis zacznę od słów Yves’a Bonnevoy’a: „(…) Poezja to doświadczenie tego, co wykracza poza słowo…”
Ciekawe czy Państwo się z tym zgodzą? Nowych Czytelników bloga witam i zachęcam do czytania Ocal słowa. Pozdrawiam, życząc miłego popołudnia i wieczoru.

156

„Paryski walczyk”
I.

Paryski walczyk grany na dwie ręce
snuje się po przemoczonych deszczem ulicach,
niczym płowe gołębie.

Wznosi się ku granatowemu niebu,
to znowu muzyką na ziemię opada.
Kolejny raz wzbija się,
a potem na stromych dachach
tajemnicą półsennie przysiada.
Bawi się moją wyobraźnią.

Ref.

Witaj chwilo!
Niech czarne – bezpańskie – paryskie koty
delektują się uśmiechem gawrosza – poety.

Niech w odbitych światłach ulicznych latarni
słowa zakochanych wirują,
a miłość czerwoną szminką na lampce wina
kawiarnianym szeptem rozkwita.
Bukietem czułości.
Kwiatem kamelii w butonierce kochanka –
malarza.
Czego chcieć więcej?

II.

Paryski walczyk grany na dwie ręce,
między dwiema kulturami oddalonymi echem,
czaruje mnie przewrotnie bezwonnymi „Kwiatami zła”
i ulicznych przechodniów śmiechem.
Impresją obrazów Moneta.

Ref.
Witaj chwilo!
Niech paryski świat trwa we mnie:
harmonią nastroju,
metaforą słów Bonnefoy’a.
Bajką o Kopciuszku w wielkim mieście.

Niech w odbitych światłach latarni
słowa zakochanych wirują,
a miłość czerwoną szminką na lampce wina
kawiarnianym szeptem rozkwita.
Bukietem czułości.
Kwiatem kamelii w butonierce kochanka –
malarza.
Czego chcieć więcej?

12 grudnia 2016 r.

dsc09185

„Aleja Mgieł”

Montmartre – wzgórze malarzy –
całe bogactwo nastrojów.
Tutaj kolory tęczy
stają się pociągnięciami pędzla.
Wyobraźni ukształtowanej
na podobieństwo świata i człowieka.
Miłości wyzwolonej z uścisku moralności.
Pejzażu sztuki.
Marca Chagalla i Pabla Picassa
zamkniętych – po wsze czasy
– w ramach tła i obrazu.
Bohemy paryskiej…

14 grudnia 2016 r.

dsc09143

fot.priv.

samuel

Człowiek jako istota społeczna, uwielbia być w centrum uwagi i wcale nie dlatego, żeby egoistycznie zaistnieć, ale żeby nie czuć na sobie piętna samotności. To ona jest sprawczynią uzależniania się ludzi od mediów społecznościowych typu: facebook czy twitter… Sama jestem zapędzona w kozi róg bloga Ocal słowa i facebooka, poddając się modzie uprawiania sztuki poetyckiej i pisarskiej, a także utrzymywania znajomości, przez wirtualne łącza wyobraźni. Czy jestem uzależniona? Gdybym napisała NIE, skłamałabym. Jestem uzależniona od pisania, a ludzi po prostu kocham, choć nie wszystkich i nie za wszelką cenę. I mam odrobinę z tego powodu kaca moralnego, bo jestem w opozycji do frazy: „(…) kochaj bliźniego swego, jak siebie samego.” Czy Państwo też tak mają?
Tym prowokacyjnym pytaniem i wstępem do utworów zapraszam Państwa do świata iluzji, gdzie wszystko ma sens, nawet jeśli z perspektywy rzeczywistości ma go niewiele. Pozdrawiam, jak zawsze, autorka.

P R O Z A

ramona

Poranki dla Danuty od zawsze były czasem intensywnego myślenia i robienia rzeczy banalnych i prozaicznych. Toaleta, szybka przekąska z pośpiechem przygotowywanego śniadania i wędrówka do szkoły, to czynności, które od kilkunastu dobrych lat doskonale wyćwiczyła i opanowała.
Oczywiście z samego rana bywała przez krótką chwilę nieprzytomna i rozkojarzona, ale srebrzystoszary budzik, nieodzowny kompan jej cotygodniowych podróży, czujnie reagował na każdy przejaw jej opieszałości i obrzydliwego lenistwa. Trzeba przyznać, że gdyby nie „tykadełko” jej życie na pewno byłoby w nieustannej rozsypce.
Na szczęście w pokoju pełnym anielskich fluidów istniała energia, której nie sposób było zignorować totalnie rozpasanym lenistwem… Dlatego regularnie od lat gnała o w pół do ósmej rano na parę godzin do szkoły, by zarobić na przysłowiowy chleb, a także po to, żeby dopomóc dzieciakom bez fałszu i obłudy poznać lepszą stronę ludzkiego życia.
Trasę od domu do szkoły i na odwrót pokonywała Danuta lotem ptaka, szybko dochodząc do upragnionego celu, a nieskończoność robienia tego samego w kółko w ogóle jej nie przerażała.
Tego dnia, gdy wróciła po pracy do „Domu pod Wędrownym Aniołem”, nie spuszczała Samuela z oka. Jego milczenie wskazywało na to, że nie będzie dziś tak wylewny w rozmowie jak złotousty Boreasz czy Mateusz…
Nie pozbawiając siebie przyjemności cieszenia się z wolnej chwili, kobieta zaczęła przebierać się w przygotowane wcześniej ciuchy, intensywnie rozmyślając:
– A niech tam, nie chce Samuel gadać, to nie. Ważne, że jest już po nocnej wyprawie do nieba i, że powrócił cały i zdrowy. Wszystko mi jedno czy będę skazana na niemówienie…Nagadałam się w szkole nadto wiele, że mogę dla odmiany trochę pomilczeć. Naładowana dobrymi emocjami wyszła na korytarz, w głębi którego słyszała pomruk popielatego kota i ściszoną rozmowę niemałej gromadki wesołych aniołów. Oczywiście w prowadzeniu dialogu pomiędzy nimi dominowała Ramona, która z anielską sobie wprawą opowiadała o panu domu, który rzekomo zajmował się dziś wykaszaniem trawy.
Gdy Danuta wyszła przed dom upiększony zielenią, w głębi ogródka dostrzegła pana Jerzego, który odkłoniwszy się jej na powitanie, zajął się tym, co wcześniej robił. Danuta natomiast udała się w stronę najbliższego sklepiku „Konwalia” po słodycze, których nie potrafiła sobie od wielu lat odmówić. Odległość pomiędzy „Domem pod Wędrownym Aniołem”, a dobrze znanym w okolicy sklepem, pokonała dość szybko, co wprawiło ją w dobry humor.
– Dzień dobry! – z uśmiechem na twarzy rzuciła starszej pani ze sklepu na powitanie…
– A to pani! – odpowiedziała ekspedientka i po błyskawicznej wymianie grzeczności z Danutą, zapakowała wskazane przez nią kruchutkie ciasteczka, za które tamta z przyjemnością zapłaciła, udając się w chwilę potem w stronę swojego nowego lokum. Wracając do siebie, minęła po drodze grupę rozwrzeszczanych gimnazjalistów, którzy
z wychowawcą – panem Leszkiem – zmierzali w nieznanym kierunku. Mijając ich w pośpiechu, uświadomiła sobie, że jako kobieta dojrzała, nauczyła się cenić w ludziach każdy odruch ich bezinteresownej życzliwości… To właśnie dlatego, żeby podtrzymać dobre stosunki z bliźnimi, postanowiła porozmawiać z właścicielami „Domu pod Wędrownym Aniołem” o sobie, życiu i pięknie otaczającego ją świata. Pewnie dlatego, gdy zobaczyła przed domem panią Joannę, grzecznie poprosiła o spotkanie.
Pomyślała wtedy, że może powinni się bliżej poznać, ale czy była w tym momencie taktowną? – nie jestem o tym do końca przekonana. Przedsiębiorczy małżonkowie, których Danuta podziwiała za pomysł na życie, obdarzeni wyjątkową empatią i życzliwością, uśmiechnęli się do siebie znacząco i zanim Danka powróciła ze sklepu, przygotowali się na spotkanie, choć jestem przekonana, że niespodziewana wizyta kobiety w prywatnej części ich zaczarowanego domu, nieco ich zaskoczyła, a także pokrzyżowała wtorkowo-popołudniowe plany.
– Już jestem! – radośnie wykrzyknęła Danuta i poszła się przebrać. A po wyjściu z pokoju zwróciła się w stronę niedawno poznanego pana Jerzego:
– Dzień doby, panie Jerzy! – głos Danuty rozchodził się po korytarzu, wypełniając po brzegi każdy z jego kątów.
Gdy usiedli wszyscy razem na tarasie, którego widok wychodził na Szrenicę, w jej sercu pojawiło się uczucie tkliwości z powodu wzruszenia wywołanego wspomnianym spotkaniem…
Za to emocjonalne, żenujące wręcz potknięcie odpowiedzialne było samotne serce nieznajomej, rządzące się od dawna swoimi ludzkimi prawami, czyniąc mętlik w głowie Danuty i wzbudzając niepokój w jej bardzo wrażliwej duszy. Ale Danka ze szczęścia, wzruszenia i czułości tego dnia nie eksplodowała, pomimo że cieszyła się każdą chwilą spędzoną z panią Joanną i jej mężem Jerzym. Naturalnie, jak na ludzi dobrze wychowanych, rozmawiali ze sobą z należytą uwagą i towarzyskim zaangażowaniem, posiłkując się truskawkami i maślanymi ciasteczkami. Zapijając każde wypowiedziane przez siebie zdania pyszną herbatą i kawą, brnęli sukcesywnie do końca spotkania… Czas umilał im anielski głos Samuela, którego tembr rozchodził się we wszystkich kierunkach okazałego domu. W burzliwej dyskusji o pracy, pisarstwie, przyjaźni międzyludzkiej, sensie życia oraz bezpańskich aniołach, rozmowa przeszła na rodzinę i dzieci, i nim wszyscy się zorientowali, wybiła godzina dwudziesta pierwsza.
Mając na uwadze późną porę, Danuta podziękowała gospodarzom za przemiłe spotkanie i żegnając ich serdecznie, oddaliła się w stronę swojego, przytulnego pokoju. Przerywając pomrukiwanie podwórkowego kota, zatopiła się w myślach, które zwróciła w kierunku Darka i Michaliny, za którymi bardzo tęskniła. W końcu przestała myśleć
o nich, westchnęła i wyjęła z kieszeni czarnej torebki telefon komórkowy. Wybrawszy numer do męża, zadzwoniła:
– Witaj kochanie! Co u Ciebie słychać? – spytała.
– U mnie wszystko w porządku – odpowiedział Darek. – Czy jesteś zadowolona z pobytu w „Domu pod Wędrownym Aniołem”?
– Oj, tak! Jestem zadowolona. – Polubiłam to miejsce i czuję się tutaj jak u siebie w domu. Nie jestem wprawdzie znawczynią etykiety, ale sposób w jaki mnie tutaj goszczą i przyjmują zasługuje nie tylko na pochwałę człowieka, ale i nieba. Zresztą nie wiem, czy wiesz, że w domu państwa Ch*** mieszkają anioły. Z jednym z nich nawet się zaprzyjaźniłam. Ma na imię Samuel i opiekuje się takimi jak ja biednymi samotnikami.
– No to masz niewiarygodne szczęście. Mieszkasz z dobrymi duchami w zgodzie z boską naturą i swoimi fantazjami. Darek słuchał opowieści żony z entuzjazmem i radością, ale przez grzeczność nie komentował informacji o uśpionych aniołach. Po prostu milczał. Obojętny na późną porę powiódł dłonią po blacie stołu, myśląc o Danucie. Przerywając w jego mniemaniu zmierzającą donikąd rozmowę, niespodziewanie powiedział:
– Danusiu, muszę kończyć! Jutro czeka mnie wiele pracy. Miłych snów, kochanie!
– Dobranoc! – odpowiedziała przyciszonym głosem Danka i odwróciwszy się do ściany z komórką wspartą na wezgłowiu, po prostu zasnęła. Pogrążona w marzeniach sennych udała się w przedziwną podróż po niebie, gdzie przewodnikiem okazał się bezimienny anioł. Dopiero następnego dnia z rana uświadomiła sobie, że był to tylko piękny sen i, że wczoraj już nie istnieje. Na szczęście Samuel siedzący w bezruchu na okiennym parapecie, nie zmieniwszy ani miejsca, ani pozycji swojego anielskiego ciała, zastanawiał się, co też dzisiejszy dzień przyniesie. [sic!]

* Vide: Krótki traktat o aniołach, Danuta Schmeling