Archive

Sierpień 2014

Browsing

Pamięci nieodżałowanej babci Marii, kobiety, która nauczyła mnie przywiązania i szacunku do  piękna natury, a także do własnej rodziny i historii Polski.

„Wyznanie”

Kocham, gdy Cię wspominam.
kocham, gdy tęsknię i płaczę,
kocham, gdy cierpię i krzyczę z bólu,
wiedząc, że Cię  nigdy na tej Ziemi nie zobaczę…

[Krynica Zdrój, 31 sierpnia 1997r.]

***
Posłuchaj szeptu miłości stojącej nad grobem i czyichś słów modlitwy:
Wieczny odpoczynek…

[Krynica Zdrój, 1 września 1997r.]

 

„Szkolne porachunki”

    Szaleństwo studiowania nie trwa na szczęście zbyt długo, dlatego moment opuszczenia uczelni z bardzo dobrą oceną i dyplomem w ręku pozwoliło Annie bezpiecznie kroczyć jej własną ścieżką zawodowego spełnienia. Lubiła szkołę i swoich uczniów. Nawet przytłaczające ilości uczniowskich zeszytów, kartkówek i sprawdzianów nie były w stanie zmienić jej osobistego nastawienia do życia i zawodu. Wraz z nią dojrzewały jej dzieci, którym kibicowała w szkole i w życiu. Widziała w nich siebie i swoje szkolne ambicje, i niepokoje powodowane niemożnością bycia we wszystkim doskonałym. Dlatego nie zatruwała im życia wymaganiami, którym nie mogliby sprostać, żeby nie stawiać ich w sytuacji przegrywających z innymi uczniami i ambicjami mamy czy taty. Wiedziała, że nic tak dotkliwie nie zabija poczucia bezpieczeństwa własnych dzieci, jak chore i bardzo wygórowane ambicje rodziców.

     To dlatego cenzurka szkolna nie miała dla niej takiego znaczenia, jak dla innych, chwalących się na prawo i lewo sukcesami swoich pociech rodziców. Chociaż każde z jej dzieci uczyło się naprawdę dobrze. Może dlatego że jako nauczycielka wiedziała, jak bardzo deprymujące są oczekiwania rodziców wobec dzieci, którym w żaden sposób nie mogą dzieciaki sprostać i jak niebezpieczne dla zdrowia psychicznego mogą być tego konsekwencje. Wraz z Markiem trzymali dyskretnie rękę na pulsie, by nie przegapić jakiegoś edukacyjnego nieszczęścia, ciesząc się jednocześnie z tego, że Filip, Piotr i Marysia nie muszą być wspierani korepetycjami. Kochali ich takimi, jakimi byli, bez całej tej szkolnej, krzykliwej i napuszonej życiowej ekstrawagancji.

   Dzieci czując tę matczyną i ojcowską przychylność dla ich skromnego człowieczeństwa oraz intelektualnego potencjału, jakim dysponowali, odwzajemniali się posłuszeństwem i szczerą miłością, której przecież naprawdę nigdy dosyć. Mój Boże, kto by pomyślał, że idąc śladami tej bardzo normalnej, aczkolwiek niezwyczajnej, polskiej rodziny, będzie mi dane dojść do takiej oto konkluzji: Marek i Anna to normalni ludzie, dla których dom, rodzina znaczą więcej niż jakiekolwiek inne, na przykład materialne – priorytety. Wiem to od jakiegoś czasu i jest mi z tą odkrytą w sobie wiedzą o nich naprawdę bardzo dobrze. Ciekawe, jak się czują ci, którzy za plecami zaśmiewali się z ich problemów i ludzkich niedociągnięć? Czy zdruzgotani swoim wścibskim, pełnym obłudy, absurdów i niedorzeczności nieudanym życiem, będą po latach mogli spojrzeć im prosto w oczy?

     Zresztą ze strony Anki ani Marka nie było potrzeby porównywania się z kimkolwiek, bo są w swym życiu nietuzinkowi, ale jednocześnie po ludzku zwyczajni, dzięki czemu żyje im się mądrzej i lepiej, bez zawiści i niechęci do innych ludzi. [Lustro – sekretne życie Anki S – Danuta Schmeling]

   Myśl pierwsza:

   Wrzesień to miesiąc wielu ważnych szkolnych przedsięwzięć. Czas na awansowanie się w swojej grupie zawodowej i tworzenia nowych pomysłów na siebie i młodzież. Oczywiście musi tym kręcić dobrze osadzona w prawie oświatowym i w zarządzaniu głowa. Ktoś z charyzmą, z pomysłem na placówkę, na ludzi, którymi zarządza. Jej główny szef, którego Anka szanowała za  styl bycia i poczucie humoru, ciepełko w głosie i subtelny dystans do rzeczywistości sprawiał, że przychodzenie do pracy wywoływało u niej radość, choć wbrew pozorom wcale nie było łatwo poskromić po wakacjach rozpasanych, rozleniwionych do bólu uczniaków. Oczywiście nie wszyscy są naznaczeni piętnem nieokiełznanej głupoty i bezwarunkowego lekceważenia swoich nauczycieli i szkoły. Niektórzy, jakby wydorośleli, ale ci raczej byli niestety w mniejszości.

Myśl druga:

   (…) W tym zabieganym i zapracowanym czasie tworzenia i realizowania priorytetów szkolnych  Anka nieco się odrobinę pogubiła. Spadło na nią tyle obowiązków, że zaczynało ją to cholernie irytować… Coraz częściej odnosiła wrażenie, że oprócz bycia nauczycielką, jest – powinna być – straszakiem, super nianią, pielęgniarką, sprzątaczką, terapeutką i koniecznie zankietowaną, lubianą – wyluzowaną „top belferką”…

Myśl trzecia:

     Żeby móc w polskiej szkole do emerytury z godnością wytrzymać, trzeba w niej pracować na stuprocentowych obrotach, bo tylko taki intensywny styl pracy pozwala polskiemu nauczycielowi zhardzieć i zapomnieć o swoich codziennych wzlotach i dotkliwych porażkach, które przychodzą wraz z dojrzałym wiekiem, bo cierpliwość nie taka, kondycja fizyczna nie taka, mentalność uczniaków nie taka… Anna czuła to na sobie tak dotkliwie, że coraz częściej myślała o zmianie zawodu, który był, jest i pewnie do końca jej dni będzie fascynujący… Ale czy potrafi żyć bez szkoły?

Człowieku!
Bawisz się słowem jak lalkami,
wymawiasz głoski – sylaby – wyrazy,
które zapisujesz.
Udajesz, że jesteś mądry i świat pojmujesz,
a ja wiem, że nic nie wiesz,
bo nie rozumiesz sensu trwania i nicości…
Pogubiłeś się w wielkim świecie,
szukając PRAWDY – BOGA – MIŁOŚCI…

Zostań ze mną!
Od złego świata chroń mnie i siebie.
Bądź moim aniołem,
wspieraj w potrzebie…
Zawsze trwaj przy mnie we dnie i w nocy,
jak przepowiadali prorocy!

 

Pozwól wybrać mu taki dzień,
w którym słońce fioletem zakwitnie.
Sprowokuje w  jego duszy radość z bycia człowiekiem.
Pozwól stęchłą starość opóźnić,
szarosrebrne drogi ominąć.
Wzlecieć w niebo wysoko,
wysoko i z ptakami w nieznane odfrunąć.
Potem wrócić wiosenna porą,
by na nowo wśród ludzi trwać.
Wziąć w swe dłonie miłości ziarno,
iść przed siebie i miłość siać!

Pod grubą warstwą prawdy Bóg ukrył swoją moc,
a potem z prochu ziemi ulepił swojego Adama
i tchnął w jego ciało nieśmiertelną duszę… I widział, że to dobre.
W ten niebanalny sposób powstała ludzka cywilizacja,
wierzyć w to chcę, choć wcale nie muszę!

***

Życie składa się z dobrych i nieprzyzwoitych scen,
tkliwych dźwięków fortepianu,
prowincjonalnie brzydkich słów i butelek po wódce.

 

Rodzice zawsze byli dla mnie ważni, szczególnie mama, której rola – w moim życiu – nie ograniczała się wyłącznie do macierzyństwa. Od kiedy pamiętam, ukochana mama zawsze była moją przyjaciółką przez wielkie „P”, mądrą, skromną, wierną i naprawdę szczerze po ludzku oddaną. Najprawdziwszą fanką mojego człowieczeństwa.
Chociaż uważano ją za kobietę bardzo mocnego charakteru, w rzeczywistości była osobą „kruchą” i bardzo wrażliwą, czyniącą z życia swojej rodziny prawdziwie ziemskie niebo. Pracowita, niezwykle zadbana i dobra szczerze kochała swoje dzieci. Bez względu na różne, czasem złe – krzywdzące ją – okoliczności życia, zawsze umiała znaleźć dla nas czas i dobre, życzliwe słowo. Jej przymioty charakteru były dla mnie od dziecka fascynujące i proszę mi wierzyć niczego nie idealizuję…
    Prawdziwy rodowód mojej mamy, jak bardzo wielu Polaków ze Wschodu, odnosi się właściwie do przedwojennej – drugiej Rzeczypospolitej, a dokładnie okolic pięknego Tarnopola, mieszczących się obecnie w granicach dzisiejszej Ukrainy. Stamtąd wraz z rodzeństwem i moją babcią Marynią przyjechała na zachód Polski, by odnaleźć w „nowej rzeczywistości” prawdziwy dom, pozbawiony wojennego chaosu – dostatni i szczęśliwy – prawdziwie swojski, jak ten, który na Podolu za sobą na zawsze pozostawiła. Oczywiście ponad wszelką wątpliwość kochała życie. Była wierną Bogu i miała w tym względzie twarde, i mocne zasady. Chętnie pomagała bliźnim, rozumiejąc ich potrzeby i nigdy się z nich nie wyśmiewała. Bywało, że zamykała się w sobie, wtedy wiedziałam, że w jej życiu coś szwankuje. Że cierpi, tracąc cierpliwość i chęć do życia… Gdy zawodziło ją zdrowie, naprawdę cierpiała. Ale znosiła swój krzyż z niezwykłą godnością…Teraz, gdy Jej już nie ma, pozostały mi po Niej tylko stare zdjęcia, moje dawne wiersze i wspomnienia…
***
W piwnych oczach mamy widzę swoje życie radosne i szczęśliwe,                                                                                            pławiące się w dobrobycie i w słowach,                                                                                                                                               które z tomikiem wierszy do szuflady chowam…
***
Telefon milczy,
mama nie dzwoni,
pewnie siedzi wśród czerwonych pelargonii i  podlewa marzenia.
Kochana  nasza mama ciągle czasu nie ma…
***
Ona nie umarła.
Ona żyje –  niebo Ją kryje!
Danuta Schmeling

„(…) w cieniu szuflad”
Wiersze poetów nie pchają się na afisze
żyją w cieniu szuflad wśród zacnych pamiątek.
Samotne,
bez pamięci zakochane w sobie,
szukają możliwości złapania pierwszego oddechu poza szufladą.
Wszyscy poeci – poza nielicznymi – traktują je jak małe dzieci.
Karcą za pierwsze błędy popełnione w młodości,
a gdy po latach zauważą,
że wewnątrz wierszy słowa żółkną ze starości – drżą,
żeby nie straciły na atrakcyjności.
A potem – o ironio losu! – przychodzi czas na zamianę ról
i wielkie rozstania.
Umęczeni życiem poeci umierają,
a osierocone wiersze pozostają absolutnie same.
Przygniecione żałobą po poetach
ukrywają się pomiędzy stronami staromodnych książek.

***
Każdy z ludzi ma w życiu swoje pięć minut.
Swoje – jak mawiał Jan Paweł II – Westerplatte.
A On ma swoją drogę Krzyżową i krwawą Golgotę!

***
Pies z kulawą nogą chodzi po świecie,
spogląda na ludzi,
bajki plecie, że świat jest dobry,
prawie doskonały:
nie za duży, nie za mały.
Że człowiek jest jego większym bratem,
nie żadnym dręczycielem – bezdusznym psubratem…

 

Liryka wyznania:

Czczę Cię:
milczeniem, modlitwą, słowami biblijnego psalmisty
i skromnymi wierszami,
które nie stoją pomiędzy nami,
lecz nas duchowo łączą i nas Obie dobrym słowem wspomagają,
tyle miłości w sobie mają…
Lecz są zagubione i bardzo smutne,
ponieważ życie stało się okrutne
i nas ze sobą rozdzieliło.
Położyło rękę na naszym wspólnym być!
Danuta Schmeling