Archive

Wrzesień 2018

Browsing
„W miłości nie ma optymizmu, szczególnie wtedy, gdy kłamiesz Zulu…” – tak mogłabym zacząć pisać swoje kolejne opowiadanie, ale ja postanowiłam napisać wiersz o czasach, w których żyłam, a w których kochało się na sto pięćdziesiąt procent normy, budowało na jeszcze więcej i idealizowało świat szarych ulic, domów i interpersonalnych zażyłości na ogromną skalę, choć żyło się po peerelowsku: zwyczajnie i pospolicie: klęło jak szewc i paliło „Sporty”…
LIRYKA WSPOMNIENIOWA
 
Szarość PRL – u
nie była taka szara,
czytało się „Pana Tadeusza”,
„Jezioro Osobliwości”
lub „Zapałkę na zakręcie”,
a na prywatkach tańczyło
do przebojów zespołów „Breakout”
albo „The Beatles”.
Tak było prawie w całej Polsce –
wszędzie.
 
Na randki
chodziło się po szkole,
miało marzenia nie z tej Ziemi.
Kochało zachodnie kino i przygodę,
by wyrwać się z peerelowskiej
Krainy Szarości i Cieni.
 
Aż przyszła „Solidarność”
i świat się zmienił.
To co marzeniami Polaków było,
w wolność się zmieniło.
Dzisiaj wspominam tamten czas
z nostalgią,
bo to co szarością we mnie nasiąknęło
wbrew pozorom,
pięknym –
kolorowym życiem było..
 
Dzisiaj korzystam
z dóbr cyfryzacji i techniki,
pisuję tu i ówdzie swoje rymowanki,
szukam sposobu,
na utrwalenie pospolitości –
dwudziestowiecznej epoki,
w której się wzrastało,
myślało i niepospolicie żyło.
23 września 2018 r.
Vide: fot. pixabay
 
Witam Państwa przedpołudniową porą, choć bezsenność i aktywność dopadła mnie na własne życzenie znacznie wcześniej. „Ale nie ma tego złego”, więc powstał „wiersz-artefakt” – przegadany, jak przegadane jest ludzkie życie.

„Kanonadą słów…”

Przyłożę kostki lodu
Twojemu ciału,
niech szybko ostygnie,
nim zwariujesz z
pożądania wiecznego
szczęścia, zaszczytów,                                                                                                                                                 uwagi,                                                                          
bry – (cz) – ki  bez szczebli…                                                                                                                                                                     
Przyłożę kostki lodu
życiu,
co goreje tajemnicą
znaków niewidzialnych
i widzialnych.
Żarem skrywanych intencji –
prawdziwych celów.
Niech schłodzone
zaistnieją jesienną porą
miedziano-czerwoną
i żółtą;
powtarzalnością oddechów,
przebarwieniami różnych emocji,
chwilami ugrzęzłymi
w ściennym zegarze,
w czarnej jak asfalt kałuży,
akwenie duszy.
Niech bulgoczą,
niczym dojrzewające wino
rozlane w zielonookie balony –
syczące gąsiory,
miłością.
Niech
niezmiennością
rytuałów powszednich:
ludzkimi pragnieniami
i marzeniami –
pogłosem deszczu
i ptaków wróblowatych trwają,
nim umrą
albo rozejdą się po kościach
lub krętych arteriach
ogołoconych kasztanowców,
jesionów, dębów
i buków…
Po uschłych liściach –
kobiercach minionego czasu.
12 września 2018 r.
Vide: fot. pixabay
 
 
 

Polecam dziś Państwu opowiadanie bez drugiego dna – miłego czytania. Autorka bloga, pozdrawiająca wszystkich swoich Czytelników.

Jan i jego krótka historia
Życie Jana nie jest i nigdy nie było pozbawione smaku. Poza wyuczoną profesją, o której w rodzinie dawno już zapomniano, mąż Doroty chętnie zajmuje się mieszkaniem i ogrodem, które nadawały i nadają mu nowej rangi i poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Kocha te zajęcia, dlatego z pasją oddaje się zaplanowanym w ciągu tygodnia zajęciom. Nie należy do mężczyzn użalających się na swój los i małżeńskie ubezwłasnowolnienie. Dorota zawsze ceniła w Janku zamiłowanie do porządku. Czuła, że w jego postawie oraz zachowaniu jest niezmordowana chęć tworzenia idealnego domu, gdzie wszystko ma swoje uzasadnione miejsce i potrzebę kontynuowania przyjętych przez siebie i domowników nawyków. Wszystko przecież ma jakiś ukryty cel, który  jest tak samo ważny jak droga, którą do niego dochodzimy.
Jego życie nie wiedzieć czemu zawsze wydawało się być pustym, ciągle szukał w nim nieatrakcyjnej zwyczajności – wezbranych w głowie i  sercu  huraganów, które od wielu lat  eksplodowały w jego męskiej duszy. Czy Jan tracił grunt pod nogami?  Czy może szukał dla siebie i Doroty nowej, obiecanej na skraju nadziei w przyszłość – ziemi? Sadzę, że na skrawku swego niezwyczajnego żywota i człowieczeństwa poszukiwał nieba – azylu dla zorganizowania sobie nowego świata – domu i miłości. Tak zwyczajnie po ludzku, jak przystało na normalnego faceta. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja sprzedaży mieszkania i zmiany miejsca zamieszkania, zrobił to z wielką determinacją, by jak najszybciej uciec z przeklętego miejsca i zapomnieć o ludziach, którzy od wielu lat czynili sobie z życia Jana arenę dla pokazania swojej własnej siły: znaczenia nowobogackiej ekstrawagancji i pieniądza.
Na szczęście Jan i Dorota mają to już za sobą! Opuścili  dawny mieszkanie z pustym sercem – bez nienawiści, żalu i złych wspomnień. Wreszcie wolni i szczęśliwi, choć nauczeni pokory wobec własnego losu, który w ostatniej dekadzie spłatał im niezłego figla, rozpoczęli nowe życie wśród przyjaznych ludzi, którzy pozwolili im obojgu na nowo uwierzyć w instytucję sąsiedztwa ze wskazaniem na dobro i szczerą ludzką życzliwość. Nawet dzieciaki szczerze popierają ich nowe – domowe i sąsiedzkie – inicjatywy, by  mogli cieszyć się swym własnym  i społecznym dobrem. Wartościami, które wynieśli ze swoich  domów, a które przez miesiące i lata sukcesywnie dewaluowały się przez pomieszkiwanie w toksycznej społeczności… Natomiast ja jako ich przyjaciółka cieszę się, że odnaleźli spokój ducha i, że wznieśli się na wyżyny swego człowieczeństwa ze wskazaniem na poszanowanie ludzkiej godności, a nade wszystko swojej własnej, bez obciążania czymkolwiek własnej duszy i własnego sumienia. Nic bowiem bardziej nie pustoszy serca jak ludzka zawiść i chęć pokazania innym, że jest się od nich lepszym, silniejszym, bardziej usytuowanym. Dlatego nadzieją napawa mnie myśl, że po raz kolejny zawierzyli Bogu i zaczęli na nowo, być może piękniej i mądrzej żyć, w czym wspiera ich los i niezastąpiony Janek…

 

Przystawka z poezji dla koneserów słowa…

Gdy łzy
zamieniają mnie
w jesienną mżawkę,
padam, padam, padam.
Na twarz, na kolana, na ziemię.
Skraplam się deszczem,
jestem ulewą…
Zanurzona w szarościach wieczoru
szukam rozbłysku księżyca.
Prawdy o nas!
O sensie.
O miłości.
O większym znaczeniu porażki –
miernocie sukcesu.
Po kilku kwadransach
bezwolnego opadania,
potulnie
nadstawiam ucha,
by posłuchać zawodzenia wiatru.
Bicia serca wichury –
szmeru życia;
głosu kochanka, łkania aniołów.
szelestu słów.
Tworzę przestrzeń
między obiema płciami.

 

Vide:  fot. pixabay
 
 
Witam, drodzy Państwo w niedzielne przedpołudnie! Dzisiejszego dnia zaproponuję Państwu wiersz – rymowankę, przy pisaniu którego uśmiechałam się dyskretnie pod nosem, ponieważ temat jest językowo śliski… Zapraszam do czytania.
LIRYKA „ODWETU”
Dawno temu
komuś się powiedziało:
Kochaj mnie!
Ale…
myśl dużo,
mów mało!
Od tamtego czasu,
gdy On mówi,
myśli do Niej fruną
rojem pszczół
i kolorowych motyli.
Język przemilcza różniące ich zdania,
choć rzadko się myli.
A morał tej opowiastki
mógłby być taki:
Prawdziwa miłość (dyskusja)
krytyki się nie boi,
choć powinna wiązać
krasomówcze usta partnerom
w chwili rodzącej się kłótni –
obyczajowo-społecznej swawoli,
by uchronić się
przed bezmyślnym języka
„chlapaniem”…
Powinni o tym zawsze pamiętać
i panowie, i panie.
Bo złe słowo niejednego człowieka
w życiu pokaleczyło
i czyjeś dumne serce złamało…
Dlatego
gorliwy użytkowniku ojczystego języka
miej to na uwadze:
Myśl dużo,
mów mało!
DANUTA SCHMELING
Vide: fot. pixabay
Kocham schyłek lata i nadchodzącą jesień.  W ten najurokliwszy czas roku, lubię siedzieć w oknie albo na starej ławce i przyglądać się zmianom w ogrodzie, w parku,  w sadzie…  – nawet w ludziach. Wspominać  kobiety, które genami związały mnie ze sobą: Mamę, Babcię, Chrzestną… i innych bliskich mi ludzi, którzy zaszczepili we mnie miłość do prostego – wiejsko-miejskiego życia, bez przyrostu ambicji i szaleńczej – wariackiej pogoni za byciem kimś ważnym… Boże, jak ja wtedy się regeneruję i wypoczywam.  Obrastam w szczęście, które trwa wprawdzie dwie, trzy minuty, ale jest we mnie pulsujące, czego i Państwu szczerze życzę.
LIRYKA DZIĘKCZYNNA  z dedykacją dla Kasandry i Tomasza
1.
DAR SERCA
Życie
to nie tylko pisanie wierszy –
rozum podpowiada.
Czasem trzeba zejść
na ziemię z chmur
i przestać z siebie robić barda,
wieszcza
romantycznego „art – dziada”,
który za nic ma potrzeby ciała,
(dzieci, wnuków i rodziny…) – jak trzeba.
Który zapomina, że nie da się nakarmić
wierszami ludzi
choćby wyobraźnią sięgało się Olimpu
i wyżyn Raju, i Nieba.
Życie
to zapach pól,
wypiekanego (tego roku)
z żytnio-pszennej mąki chleba…
Zapach smażonych jabłek, śliwek
mijającego lata.
Przekopanej ziemi, powakacyjnej –
ogrodowo-sadowej przygody…
I tylko
w wolnych chwilach
pachnących – lepkich jak miód
strof niezależnych od presji
i facebookowej mody,
pisanych z potrzeby serca
autonomicznej duszy poetki –
poety i Jego – Jej
wewnętrznej urody.
4 września 2018 r.
2.
STREFA USZCZELNIANIA
Posklejaj mnie, Boża chwilo,
dobrym myśleniem,
niech to co w rozsypce jest,
nie haczyło więcej.
Bym jesienną nostalgią
i tęsknotą z miłością zawołała:
Dziękuję! Nie pragnę dla siebie,
poza spokojem, niczego więcej.
Posklejaj lustra rozbite
i zegary,
starością mego Ojca mocno nasiąknięte.
Niech z sekwencji smutku, trwogi,
chorób – niepewności jutra,
jak Feniks z popiołów POWSTAŁO SIŁĄ
moje życie święte.
Posklejaj serce – moje ja,
prawdziwe.
Granie pod publiczność
to obca mi rola.
Nie znoszę masek,
wolę chodzić po linie.
Bowiem moje skromne życie
nie jest Teatrem Jednego Aktora.
Posklejaj negatywy z umarłą przeszłością,
by czasem wracała,
choć ważniejsza teraźniejszość –
przyszłości się boję…
Niech objawi mi się czasem białym motylem,
bym poczuła,
że moja – nasza – droga pod skalistą górę
nie jestem bezsensownym znojem.
5 września 2018 r.
Vide:  fot. pixabay;
* „art – dziad” – neologizm, poeta dziadowski, artysta pospołu, wyraz utworzony przeze mnie na użytek wiersza;
* „wersozbiory” – neologizm, rzeczownik będący określeniem tomiku wierszy, zbioru wierszy, pomysł słowotwórczy mojego bardzo skromnego autorstwa…